![]() |
Adrianna Styrcz fot. Anna Maria Olech |
Little Dragon - Ritual Union (2011)
![]() |
Little Dragon - Ritual Union (2011) |
Usłyszałam o nich
ok. rok temu i absolutnie zawładnęli moim sercem. Już wtedy wiedziałam, że to
będzie stały związek, bo każdy dźwięk jaki się u nich pojawia - zacząwszy od
utworu "Twice" na pierwszej płycie, a skończywszy na ostatnim "Seconds"
z niedawno wydanej "Ritual Union" - to po prostu genialna nutka.
Początki brzmienia nie były tak oczywiście idące w kierunku elektroniki, dopiero druga płyta "Machine Dreams" przyniosła co do tego pewność, za co chwała Panu, bo w końcu esencja ich stylu wybrzmiewa. Ale, że tak prędko się "hajtniemy", to od początku nie miałam pojęcia. Zacznę od frontmenki, która parę lat wcześniej urzekała niesamowicie ciepłą barwą głosu i cudownie jedwabistym wibratem, udzielając się chłopakom z Koop oraz niejakiemu Hird'owi (ten wysmażył szczególnie tłusty kawałek pt. „Fading Blues” - zawsze obecny w moim odtwarzaczu przenośnym). Zdaje się, że to był chyba jeszcze czas „docierania” wizji tego, co naprawdę Yukimi chce ludziom przekazywać. I oto mamy efekt końcowy, chociaż ja wciąż mam nadzieję, że nie ostateczny. Do rzeczy: co znajdziemy na krążku „Rutual Union”, oprócz zdjęć ślubnych rodziców i dziadków wspaniałych szwedzkich muzyków? Otóż dzieło otwiera, można by już śmiało powiedzieć, szlagier ostatnich miesięcy "Ritual Union". Następnie cztery wesołe kawałki - i te chętnie poleciłabym każdemu dj'owi na klubowy dancefloor, bo to co słyszę tam w rzeczywistości przyprawia mnie o konwulsyjne spazmy i jęki zawodu. Wraz z "Crystalfilm" zaczyna się moja ulubiona część płyty, gdzie sinusoida opada z wolna w dół (jako połowa duetu Sinusoidal nie mogłam o tym nie wspomnieć, równowaga w życiu to podstawa(!)).
I oto w każdym kolejnym utworze docieramy do sedna, czym jest Little Dragon. To muzyka pełna elektronicznych smaczków rodem z lat 80, doprawiona ciepłym wokalem o szlachetnym wschodnim zabarwieniu. Ta muzyka to forma unikalna, która ciągle niejednolitą będąc, bez reszty wciąga w świat jego (czyt. małego smoka) fantazji.
Początki brzmienia nie były tak oczywiście idące w kierunku elektroniki, dopiero druga płyta "Machine Dreams" przyniosła co do tego pewność, za co chwała Panu, bo w końcu esencja ich stylu wybrzmiewa. Ale, że tak prędko się "hajtniemy", to od początku nie miałam pojęcia. Zacznę od frontmenki, która parę lat wcześniej urzekała niesamowicie ciepłą barwą głosu i cudownie jedwabistym wibratem, udzielając się chłopakom z Koop oraz niejakiemu Hird'owi (ten wysmażył szczególnie tłusty kawałek pt. „Fading Blues” - zawsze obecny w moim odtwarzaczu przenośnym). Zdaje się, że to był chyba jeszcze czas „docierania” wizji tego, co naprawdę Yukimi chce ludziom przekazywać. I oto mamy efekt końcowy, chociaż ja wciąż mam nadzieję, że nie ostateczny. Do rzeczy: co znajdziemy na krążku „Rutual Union”, oprócz zdjęć ślubnych rodziców i dziadków wspaniałych szwedzkich muzyków? Otóż dzieło otwiera, można by już śmiało powiedzieć, szlagier ostatnich miesięcy "Ritual Union". Następnie cztery wesołe kawałki - i te chętnie poleciłabym każdemu dj'owi na klubowy dancefloor, bo to co słyszę tam w rzeczywistości przyprawia mnie o konwulsyjne spazmy i jęki zawodu. Wraz z "Crystalfilm" zaczyna się moja ulubiona część płyty, gdzie sinusoida opada z wolna w dół (jako połowa duetu Sinusoidal nie mogłam o tym nie wspomnieć, równowaga w życiu to podstawa(!)).
I oto w każdym kolejnym utworze docieramy do sedna, czym jest Little Dragon. To muzyka pełna elektronicznych smaczków rodem z lat 80, doprawiona ciepłym wokalem o szlachetnym wschodnim zabarwieniu. Ta muzyka to forma unikalna, która ciągle niejednolitą będąc, bez reszty wciąga w świat jego (czyt. małego smoka) fantazji.
Uprzedzam - to nie
jest łatwa płyta ale absolutnie warta uwagi. Wszelkim niedowiarkom doradzam
również pojawić się na koncercie zespołu, a ten najbliższy już 4.11 we
wrocławskim Eterze. Jeśli to co tutaj napisałam ciągle nie sprawia, że
zaglądasz do portfela w poszukiwaniu mamony na płytę, albo chociażby macasz
nerwowo po ipadzie w poszukiwaniu itunes'a, to proszę, błagam, please -
"wymagający" słuchaczu - pokaż, żeś choć leniwy, to się starasz i
rzuć uchem w kierunku dostępnego w sieci utworu pt. "Feather". Wtedy,
prawdopodobnie, ale tylko prawdopodobnie, zrozumiesz, czemu Adriannie Styrcz
pocą się ręce i opiewa Szwedów w samych superlatywach na pierwszych stronach
informatora Muzycznego 4871 ;)
Ps. Na koniec podniet dodam: to, że Gorillaz zainteresował się nimi, to ledwie wydarzenie, bo o nich już huczy cała Europa i kawałek dalszych landów.
Miłego odbioru!
Adrianka :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz