![]() |
Leszek Cichoński, fot. Marcin Tomaszuk |
Leszek Cichoński – Sobą Gram
Jeden z najbardziej znanych muzyków Wrocławia. Jego nazwisko
nieodłącznie kojarzy się z gitarą. Spiritus
movens Thanks Jimi Festival. Przez dziennikarzy Trójki nagrodzony za
popularyzację gry na gitarze wśród młodzieży. O swojej najnowszej płycie –
„Sobą gram” – trudnych początkach i o tym, co jest dla niego najważniejsze
opowiada Leszek Cichoński.
Sandra Wilk: Kiedy zrozumiał Pan, że gitara jest Pana powołaniem?
Leszek Cichoński: Kiedy? Dokładnie 13 września 1982 rok. To była trudna decyzja,
bo kończąc studia na Politechnice miałem już zapewnioną „świetną” posadę jako
inspektor w dyrekcji zakładów karnych. Jednak 9 dni po ślubie – a była to
kolejna „miesięcznica” stanu wojennego – miały miejsce we Wrocławiu dosyć
poważne zamieszki, ZOMO strzelało gazem po oknach, na sąsiedniej ulicy była barykada…
Wtedy właśnie wybrałem gitarę. Efektem tej decyzji były bardzo trudne pierwsze lata
grania i funkcjonowania mojej rodziny. Zupełnie nie byłem przygotowany na tego
rodzaju pracę, karierę. Nawet nie myślałem wtedy o sobie w kategoriach
muzyka-artysty. Musiało minąć dziesięć lat, zanim zdołałem się w tym wszystkim znaleźć.
SW: Grał Pan z najlepszymi muzykami bluesowymi i jazzowymi w
Polsce, Tadeuszem Nalepą czy z Wojtkiem Karolakiem. Jak wspomina Pan współpracę
z nimi?
LC: Granie z tak legendarnymi postaciami w latach 80-tych było dla
mnie czymś nierealnym, wydawało mi się , ze to zupełnie nieosiągalny pułap.
Moja satysfakcja była tym większa, że współpraca z każdym z nich okazywała się
spotkaniem dwóch podobnie czujących muzykę istot. Owszem, była różnica między
mną, małym żuczkiem, a nimi – ale gdy słuchaliśmy efektu końcowego czyli
nagrań, okazywało się, że wszystko się świetnie zazębiało i pasowało do siebie.
Z Wojtkiem Karolakiem prawie nigdy nie ustalaliśmy aranży. Zaczynaliśmy grać i
po bardzo krótkim czasie wszystko sklejało się w spójną całość, słychać to
bardzo dobrze na płycie „Come Together” nagranej z Johnem Tuckerem.
SW: Z kim chciałby Pan jeszcze zagrać?
LC: Jest mnóstwo takich muzyków. Clapton, Santana, Robben Ford.
Jedno z tych marzeń być może uda się spełnić, bo staramy się o przyjazd Santany
na przyszłoroczny Thanks Jimi Festival.
Może więc wtedy z nim zagram, chociaż chwilę.
SW: Jest Pan bardzo aktywny muzycznie, bierze Pan udział w wielu
projektach, ciągle Pan koncertuje. Czym zajmuje się Pan w tej chwili?
LC: Obecnie kończę swoją najnowszą płytę „Sobą gram”. Album będzie
niezwykły pod wieloma względami – przede wszystkim jest to pierwszy album, na
którym znajdują się wyłącznie moje kompozycje. Wcześniej zdarzało się, że
umieszczałem na płytach dwa, trzy moje utwory, jednak najnowszy krążek zawiera
tylko moją muzykę, cztery moje teksty, a w kilku utworach także wokal. Teksty,
które napisałem dotyczą ważnych spraw w moim życiu. Dwa tytuły : „Kim jestem” i
„Co masz w głowie” są jednocześnie pytaniami, które chyba każdy powinien sobie
zadać, a co najważniejsze - odpowiedzi jakie możemy uzyskać podnoszą jakość
naszego życia i naszą samoświadomość. Treść całego krążka kręci się wokół
takich właśnie ważnych kwestii, ale teksty mają sporo lekkości, mogą stanowić
zbiór pozytywnych afirmacji i podpowiedzi dla kogoś , kto tego szuka czy
potrzebuje. Tekst tytułowego „Sobą gram” napisał Jacek Cygan – jest w 100%
trafiony, w pełni się z nim
identyfikuje. Również okładka płyty będzie bardzo oryginalna. Zaprzyjaźniony rzeźbiarz ze Śląska Marek Grzebyk namalował dla mnie obrazy na
szkle w energetyzujacych kolorach, na których powydrapywał ciekawe gitarowe
motywy - przez wydrapania przechodzi światło. Ma to znaczenie symboliczne. W
książeczce z tekstami kolory do kolejnych utworów są wprowadzane zgodnie z
zasadami Feng Shui. Tytuł też będzie wydrapany według wzoru, który własnoręcznie
napisałem ... to ciekawe, że przy okazji takiego wydawnictwa można dać tyle siebie...
SW: Czyli inne projekty poszły chwilowo w odstawkę?
LC: Nie, nie … jednocześnie gram z węgiersko-słowacko–czeskim
zespołem Visegrad Blues Band i realizuję projekt Hendrix Symfonicznie.
Najczęściej gramy z Orkiestrą Filharmonii Dolnośląskiej w Jeleniej Górze,
koncerty te są znakomicie przyjmowane przez publiczność. Na listopad planuję
trasę koncertową mojego zespołu Guitar Workshop promująca nową płytę. Domykam
też trasę akustyczną z Mike’em Green’em i Davidem Price ’em.
Od dwudziestu paru lat grałem tylko na gitarze elektrycznej, półtora roku temu
sięgnąłem po akustyczną – i stała się moją nową pasją. Dostałem piękną gitarę
od czeskiego lutnika Frantiszka Furcha. Mam ogromną frajdę z kontaktu z tym instrumentem.
SW: Dlaczego dopiero teraz zdecydował się Pan umieścić swój wokal
na płycie? Musiał Pan do tego dojrzeć?
LC: Myślę, że tak. Kwestia dojrzałości jest w tym wypadku bardzo
istotna. U instrumentalisty istnieje silny opór psychiczny przed wyrażaniem się
głosem, a głos jest przecież instrumentem niesamowicie uzależnionym od
psychiki. Ważny jest też dystans do samego siebie. I oczywiście sama wewnętrzna
potrzeba, chęć śpiewania.
SW: Uczy się Pan śpiewu?
LC: Niesystematycznie, ale cały czas się rozwijam. Uczęszczam co
jakiś czas na kursy, korzystam z konsultacji, staram się regularnie wykonywać
zestaw ćwiczeń. Traktuję to poważnie; śpiewanie jest dla mnie ciekawą, nową
ścieżką rozwoju. Samo skupienie na głosie jest formą medytacji - może dlatego
tak mnie to kręci. Poza tym fakt, że śpiewam pomaga mi przy komponowaniu
piosenek. Pojawił się też zupełnie inny wymiar kontaktu z publicznością.
Zagrałem kilka razy krótki recital tylko z gitarą akustyczną. Czuje się, że
każde słowo dociera i zostawia ślad.
SW: Czy nowa płyta jest efektem zapotrzebowania na rynku muzycznym
na taką muzykę? Płyty z muzyką instrumentalną sprzedają się gorzej.
LC: To raczej potrzeba ducha niż zapotrzebowanie rynku. Ale to
prawda, że trudniej jest sprzedać muzykę instrumentalną. Nie dlatego jednak nagrałem
płytę z piosenkami. Głos zawsze był dla mnie instrumentem trafiającym „prosto w
serce” i już od paru lat pisałem do szuflady utwory z założenia dla wokalistów.
Nie
śpiewam jeszcze wystarczająco dobrze, żeby nagrać te wszystkie piosenki sam dlatego na najnowszej płycie
pojawia się kilka bardzo dobrych głosów: Jorgos Skolias, Mateusz Krautwurst i
młody, nieznany jeszcze szerzej wokalista Łukasz Łuczkowski. Dla siebie
zostawiłem dwie bardzo osobiste piosenki „Kim jestem” i tytułową ”Sobą gram”, a
jeden utwór śpiewam wspólnie z Kasią Mirowską.
SW: Jaka ta płyta będzie muzycznie?
LC: Ta płyta spodoba się przede wszystkim tym, którzy szukają nowoczesnego
grania podszytego bluesem, trochę soulowo-funkującym. Muzycznie w dużym stopniu
pokrywa się z tym, czego od dawna słucham. Nie jest to więc może muzyka nowa i odkrywcza,–
ale jest tam przeniesienie pewnej wrażliwości i groove’ów, które „kręcą” mnie
od zawsze i myślę, że dodałem im jeszcze mojego własnego „pazura”.
SW: Czy ta płyta – pierwsza autorska – jest dla Pana najważniejsza?
LC: Tak, im bliżej końca produkcji tym bardziej czuje jak ważny i
wartościowy jest dla mnie ten krążek. Co mnie w nim zaskoczyło – choć niektóre
kompozycje są nowe, a niektóre sprzed kilku lat – całość bardzo spójnie się
zamyka, zarówno jeśli chodzi o muzykę, jak i treść. Identyfikuję się z każdym
tekstem i chyba przez to ten album jest dla mnie taki ważny, dlatego ma według
mnie taki istotny przekaz. Myślę że ludzie, którzy ciągle szukają, znajdą kilka
podpowiedzi, jak pokierować życiem, żeby było po prostu szczęśliwsze.
SW: Co Pana inspiruje do pisania tekstów?
LC: Nie wiem, jak to dokładnie jest. Pisanie jest dla mnie nowym
doświadczeniem, to się dzieje zupełnie magicznie. Chodzę nawet miesiąc z jakimś
pomysłem, zapisuję na kartkach, a pewnego dnia – bęc! Piszę cały tekst. Świetne
uczucie.
SW: Porozmawiajmy o rekordzie: czy gitarowe bicie rekordu powstało
aby popularyzować grę na gitarze?
LC: To był kolejny pomysł, który wziął się nie wiadomo skąd, a
który miał swoje początki w roku ’92 albo ’93 na warsztatach w Zakrzewie.
Zaprosiłem wszystkich młodych gitarzystów, żebyśmy zagrali wspólnie „Hey Joe” i
– po krótkiej próbie – efekt był niesamowity. Taka ekspresja, moc! Wszyscy byli
zaskoczeni. To doświadczenie zostało we mnie gdzieś w środku i wydarzyło się
ponownie na Rynku we Wrocławiu prawie 10 lat temu. Pierwsze lata były trudne i
ciężko byłoby przez to przebrnąć gdyby nie współpraca z Krzyśkiem Jakubczakiem.
Teraz impreza bardzo szybko się rozwija, przybywa fanów – rodzice z dziećmi,
dzieci z rodzicami, bobasy z
plastikowymi gitarkami, łysi hippisi… Wszyscy razem grają i przeżywają muzykę –
to jest najwspanialsze, co może być. To nagroda za te wszystkie trudności,
które spotykały nas na początku. Miasto widzi, że dzięki Thanks Jimi Festival
Wrocław jest postrzegany na świecie jako miasto gitary.
SW: Czy polska muzyka gitarowa ma potencjał, aby zaistnieć na międzynarodowej arenie?
LC: Poziom – jak wszędzie na świecie – rośnie, świetnych
gitarzystów również w naszym kraju
przybywa. Ważna jest oryginalność i to, żeby nie wpaść w schematy i pogoń za
techniką. Młodzi gitarzyści często chcą grać szybko i dużo… Na warsztatach
powtarzam często, że poradnie psychiatryczne są pełne perfekcjonistów, a nie o
to przecież chodzi. Gonitwa za techniką nigdy się nie kończy i nie daje szczęścia.
Ważniejsze są emocje, które można przekazać nawet kilkoma dźwiękami.
SW: Czuje się Pan spełniony zawodowo?
LC: Muzyka jest ważną częścią mnie, ale nie najważniejszą. Czuję
się w dużym stopniu spełniony jako człowiek - to dla mnie istotniejsze. Życie
jest ważniejsze od muzyki – to, że moje dzieci są szczęśliwe, że mam rewelacyjną
wnuczkę… to daje autentyczne poczucie spełnienia. Niezwykłą satysfakcję sprawia
to, że udało mi się godzić udane życie prywatne z byciem muzykiem. Właśnie taki
rodzaj harmonii ma swój oddźwięk na mojej nowej płycie. Ktoś, kto jej uważnie
posłucha, na pewno to wyczuje.
SW: Jakie oczekiwania wiąże Pan z płytą?
LC: Chciałbym, żeby moja
płyta została zauważona, zwłaszcza przez osoby, które szukają takiej muzy, i
tych treści, żeby do nich dotarła. Może nie jest to muzyka dla każdego, choć
czasem wydaje mi się , ze każdy znalazłby na tym krążku cos dla siebie. Są to
przede wszystkim melodyjne piosenki z dobrymi, wartościowymi tekstami . Chciałbym,
żeby od czasu do czasu zagrali to na antenie, żeby ktoś o tym krążku napisał… Żeby
ktoś coś dzięki tej muzyce przeżył, może zmienił coś w życiu na lepsze – a to chyba
najważniejsze.
Rozmawiała
Sandra Wilk
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz