poniedziałek, 7 listopada 2011

Temat Numeru 6 : L.U.C - Kosmostumostów

 4871 numer 6 (listopad-grudzień 2011)

Jestem jak kundel zamknięty w budzie przez trzynaście miesięcy i nagle wypuszczony na dwór.

rysunek: Grzegorz Przybyś
20. października 2011 premierę miało najnowsze wydawnictwo L.U.C-a (Łukasz Rostkowski) - artysty od lat związanego z Wrocławiem. Właśnie temu miastu, jego ludziom i duchom dedykuje on album „Kosmostumostów”. W rozmowie z Informatorem Muzycznym 4871 L.U.C. zdradza szczegóły tego projektu.

Marta Miranowicz: Każdy Twój nowy projekt jest zawsze oryginalny i okazuje się być wielką niespodzianką dla fanów. Czym chcesz zaskoczyć tym razem?

L.U.C:  Nowa płyta ma w okładce drobinki piasku z księżyca, które ściągnąłem ze strony NASA i wydrukowałem nową aplikacją do ajfona. Zaskoczenie to rzecz miła i wartościowa z punktu widzenia ogromnej przewidywalności dzisiejszej muzyki i filmu. Dziś każdy kto uczestniczy w sztuce może czuć się trochę jak Nostradamus. Coraz łatwiej nam wywróżyć o czym będzie następna piosenka na płycie albo jak się skończy film.  Jednak to nie zaskoczenie mnie napędza, lecz polskie zupy i koncept oraz to, że mogę komuś opowiedzieć coś, co mu pomoże czy też da jakieś miłe przeżycie. Myślę, że tutaj zaskoczeniem będzie, oprócz pojawienia się nagle np. prof. Miodka, pewnego rodzaju osobistość płyty. KOSMOSTUMOSTÓW będzie to album bardzo, bardzo osobisty i ujawni pewną tajemnicę ELUCE, czyli to skąd ja się naprawdę wziąłem, bo tego nigdy nie poruszyłem na żadnym albumie. To dość specyficzna historia, która może dodać wiary ludziom, która może pomóc z klęski ulepić uśmiechniętego bałwanka triumfu.

MM: Czy w związku z tym, że ta płyta jest dla Ciebie bardzo osobista czujesz się całkowicie spełniony po jej powstaniu? Jest ona idealnym dopełnieniem Twojej twórczości?
L.U.C:  Lepiej żeby była, bo po tej premierze planuję dłuższą przerwę. Ale jakiś miesiąc po każdej płycie widzę, co można było zrobić lepiej i już chcę nagrywać następną, która będzie lepsza... Mimo to czuję się bardzo dobrze z tym projektem, ma on ciekawą genezę. Oprócz tego, że jest osobisty, jest spełnieniem pewnego marzenia. Jest potwierdzeniem wartości miasta, w którym żyję, bo mówi o osobistym przeżyciu, przez pryzmat Miasta Stumostów, czyli Wrocławia, który zarazem jest mecenasem tego projektu i bardzo się zaangażował. Okazało się, że są w tym mieście urzędnicy, zwłaszcza w Departamencie Spraw Społecznych, Wydziale Kultury i Biurze Euro, którzy chcą robić rzeczy nietuzinkowe - nie boją się awangardy i dziwactwa. Powstał taki wspólny projekt – mój i tego miasta. Niespodzianką jest to, że wychodzimy w przestrzeń miejską poprzez murale i streetart, robimy bardzo wiele dodatkowych akcji, tworzymy również komiks do tej płyty, więc czuję się z nią świetnie - bo jest multimedialna. Odcinam się w niej też od pewnego rodzaju publicystyki i polityki, w którą niektórzy zaczęli mnie dość mocno wciskać i wracam do korzeni sztuki, czyli emocji.

MM: No właśnie, bo w wielu poprzednich utworach komentując otaczającą nas rzeczywistość krytykowałeś polskie społeczeństwo i system, w jakim funkcjonujemy - teraz bardziej skupiłeś się na człowieku i jego wnętrzu?
L.U.C: Tak. To jest płyta nieco filozoficzna, dlatego wychodzi jako PLANET L.U.C, czyli album będący planetą, a więc całym mikroświatem, który sam kształtujesz. Przylatujesz tu swoją rakietką, wystawiasz drabinkę, wysiadasz i chcąc poruszać się po niej gubisz się, odnajdujesz różne uliczki, ścieżki i smaki.  Album jest oczywiście skupiony na konkretnej fabularnej historyjce, ale każdy może w nim znaleźć coś dla siebie. Jest np. lusterko, w którym możesz sprawdzić czy, nie wystaje Ci koza z nosa albo przejrzeć się na wylot i poznać prawdę o sobie.

MM: Co oprócz swojej historii chcesz ukazać poprzez KOSMOSTUMOSTÓW?
L.U.C:  Wartość porażki, łez, zagubienia. Ludzie, którzy mocno pędzą w dół jak Kursk mogą tak naprawdę roztrzaskać się o beton albo bardzo mocno odbić się od dna i polecieć o wiele wyżej aniżeli poziom, z którego spadali. Projekt przede wszystkim jednak ukazuje niesamowite miasto, któremu strasznie dużo zawdzięczam. Nagrałem wiele różnych płyt, w których Wrocław gdzieś tam się pojawiał, ale w sumie nigdy nie stworzyłem albumu, który skupi się na nim, tak jak Polacy na kupowaniu luksusowych samochodów.
Nowa płyta oprócz mnie, mówi o wyjątkowym mieście, które ma oczywiście mnóstwo wad i problemów, ale ma w sobie jakąś niesamowitą energię, która zmieniła całkowicie moje życie i nigdy mu tego nie zapomnę. Nawet jeśli wiatry poniosą mnie na jakąś zupełnie inną część kontynentu czy świata, a może nawet kosmosu, to Miasto Stumostów już zawsze będzie w moim sercu. A póki co jestem tu z wyboru, mimo ogromnych pokus finansowych ze stolicy, którą też bardzo lubię.

MM:  Z tego co mówisz, widać, że Wrocław jest dla Ciebie szczególnie ważny. Co konkretnie sprawiło, że w swej sztuce poświęcasz Wrocławiowi tyle uwagi?
L.U.C: To miasto jest związane z moją historią i moim życiem. To tu przyjechałem, to tu się zagubiłem, to tu kapitan gleba zwinął mi spod nóg asfalt jak dywan i zacząłem spadać. I to tutaj ktoś rozścielił pode mną swoje skrzydła - nie tyle, że mnie uratował, ale odbił mnie w niebo, dał mi potężny grunt do spełnienia siebie, do odnalezienia prawdy w samym sobie. Mówiąc wprost - to miasto i jego ludzie pokazali mi, że zbłądziłem i stchórzyłem wybierając studia - prawo. Że mam w sobie kreatywność, której się wstydziłem i nie miałem odwagi eksplorować. Dało mi wielką wiarę w siebie i pomogło się zrealizować. Historia ukazana na nowej płycie tak naprawdę tylko rozpoczyna pewną historię, która dalej była jeszcze bardziej wrocławska. Drugi koncert we Wrocławiu i już pełny klub ludzi, którzy przyszli wesprzeć nas - rzecz dziwną i inną. PPA itd.. niesamowita energia.

MM:  Jak zmienił się Wrocław, widziany Twoimi oczami, odkąd zacząłeś go opisywać w swojej twórczości?
L.U.C: Dość ładnie i dość bardzo. Ta płyta opowiada o niezwykłym momencie tego miasta,
kiedy jak w majtkach Papaya po puszce szpinaku nastąpił wielki boom. Eksplozja sztuki i nowej muzyki. O czasach tworzenia tzw. wrocławskiego soundu jako indywidualnego brzmienia i stylu. To był czas kiedy w Mekce grałem koncerty jeszcze bez pozwolenia, gdzie przychodziło 500 osób, a Ci którzy się nie mieścili, wsadzali przez okna swoje nerki i uszy, żeby być z nami. Czuło się wielkie wsparcie z tego miasta oraz duże ciśnienie na rzeczy alternatywne, inne, ale w sposób niekrytykancki, bardzo entuzjastyczny. To było niesamowite. Dzisiaj Wrocław się zmienił. Z jednej strony wypiękniał, ale też mam wrażenie, że troszeczkę się ochłodził – wszystko już mamy - musimy uważać, żeby pielęgnować nasz entuzjazm. Mamy super fajne, nowe ulice, piękny stadion, świetną obwodnicę, jestem z tego dumny, lecz z drugiej strony klubowo i koncertowo nastał trudniejszy czas we Wrocławiu. Ale zmieniamy to.

MM:  A jak Ty,  jako artysta, zmieniłeś się od momentu wydania pierwszej płyty?
L.U.C: Myślę, że w międzyczasie zostałem zaatakowany przez 40 miliardów bakterii, które pokonałem, a więc dość duże pole bitew zdrowotnych, dość duże pole bitew emocjonalnych i etycznych, które rozgrywały się we mnie i myślę, że dziś L.U.C to zupełnie inna ziemia. To strasznie długa historia na kolejną płytę. Myślę, że ziemia ta jest jednak wciąż nasączona tym samym powietrzem i tlenem, którego sprawcą jest w sumie Wrocław. Może trawa jest bardziej szorstka, może mam więcej nieufności, może mam czasami troszkę mniej entuzjazmu do pewnych rzeczy, ale jednak wydaje mi się, że jest pewnego rodzaju tlen dystansu, który jest tlenem Wrocławia, bo tu mieszkam i tu zostałem.

MM: W swojej twórczości kierujesz się filozofią 4 galaktyk, która zakłada połączenie muzyki, liryki, filmu i grafiki. Do tej pory nie skupiałeś się jednak na grafice w takim stopniu jak teraz - sądzisz, że komiks pozwoli bardziej zrozumieć Twój przekaz?
L.U.C: Tej uwagi grafice zawsze poświęcałem i tak wyjątkowo dużo, bo nasze okładki były skrupulatnie przygotowywane przez tygodnie, a nawet miesiące przez Adasia i ekipę w Juice. To zawsze była konceptualna identyfikacja całego albumu. W tym momencie przygotowujemy coś jeszcze większego. Czy pozwoli to lepiej zrozumieć moje jazdy? Być może, a może uda się stworzyć kolejną jakość. W to wierzę, bo z Grzesiem Przybysiem, znakomitym rysownikiem, i Adasiem Tunikowskim stworzyliśmy już okładkę, a teraz pracujemy nad komiksem. Jest to wyjątkowa praca: moja praca reżysersko-słowna i ich praca graficzno-ilustracyjna. Mam wrażenie, że naprawdę powstanie dziwna, nieco inna jakość, taki komiks do poetyckich metafor słownych z piosenek. Może to spowoduje, że stanę się jeszcze bardziej niezrozumiały - bo będzie to dawało pole do kolejnych interpretacji i może wybić ludzi z ich wcześniejszych odczuć... Chcę, żeby to była kolejna płaszczyzna tego opowiadania, to ma być cały mikroświat, który pozwoli nam puścić wodze wyobraźni.

MM: Oprócz komiksu ma powstać zainicjowana przez Ciebie Ścieżka Muralowa będąca nawiązaniem do płyty. Czy możesz zdradzić, co będzie przedstawiać i w jakiej części miasta powstanie?
L.U.C: Nie mogę na razie za dużo ujawniać, mogę powiedzieć tyle, że trwa batalia z formalnościami. Faktycznie, chcemy wyprowadzić okładkę w przestrzeń miasta. To pewnie wydarzy się jeszcze tej jesieni.

MM: Czyli jeszcze nie wiecie gdzie?
L.U.C: Na pewno spory fragment będzie na Śródmieściu, czyli w miejscu, w którym się wychowałem we Wrocławiu, gdzie przeżyłem wiele różnych chwil - pozytywnych i  negatywnych. Ma to być zrobione w każdym razie w ten sposób, że te wszystkie trzy rzeczy – komiks, okładka i murale - połączą się.

MM: Ale w jaki sposób? Będą przedstawiać to samo czy stworzą jakiś jeden ciąg?
L.U.C: No właśnie zobaczysz [śmiech]. Stworzy się taka planeta.

MM: A czym muzycznie będzie się różnił najnowszy album od poprzednich?
L.U.C: Chciałem zrobić album z wrocławskimi muzykami, czyli taką płytę, w której udzielają się tutejsze zespoły, ale niestety zostałem zmuszony zrobić to głównie na zasadzie samplingu. Zamykałem się i korzystałem z różnych winyli, głównie polskich, gdyż chciałem promować polską muzykę i ją remiksować. Są to oczywiście moje kompozycje, natomiast do płyty zaprosiłem samych wokalistów, poza Leszkiem Cichońskim, Bondem i Jankiem Krzeszowcem - trzema świetnymi instrumentalistami, którzy zagrali pewne partie. Trudno mi zawsze powiedzieć czym się różnią moje płyty, one są klimatycznie bardzo podobne, muzycznie poruszam się w tych samych rejonach, ale na pewno będzie to wyjątkowo energetyczna i melodyjna płyta.

MM: Jakich wokalistów zaprosiłeś do współpracy?
L.U.C: Powiem Ci tak: bardzo dużą część wokalnego Wrocławia, bo tak naprawdę to ludzie, którzy są powiązani z moją historią. W ogóle na płycie występują tylko i wyłącznie ludzie z Miasta Stumostów. To jest tak zrobiona płyta, że poza bonus trackiem odnoszącym się do Pospolitego Ruszenia, gdzie jest SOKÓŁ z Warszawy, fabułę - bo jest to płyta fabularna z puentą na końcu - opowiadają tylko i wyłącznie Wrocławianie. I są to ludzie z przeróżnych środowisk. Trzeci Wymiar i Waldemar KASTA znani raperzy, Natalia Grosiak z Mikromusic, Mesajah z Natural Dread Killaz, ale także prof. Jan Miodek, Cezary Studniak, aktor, również Philip Fairweather - znany w całym mieście uliczny śpiewak - jeden  z pierwszych Anglików, którzy przyjechali pracować do Polski, a nie odwrotnie. Miał być też Lech Janerka, ale nie udało się nam zazębić.

MM: Więc KOSMOSTUMOSTÓW promuje Wrocław pełną parą…
L.U.C: Taki jest tego cel. Miasto jest partnerem tego projektu i od początku pracujemy nad tym razem, dzięki czemu może to przyjąć wyjątkowy rozmach. Co bardzo ważne, to wyjątkowo dojrzały mecenat, który istnieje mimo, że czasem słodzę, a czasem obnażam słabości Wrocławia. Wszyscy jednak chcemy w jakiś sposób promować to miasto i opowiadać o jego energii innym.

MM: Z zawodu jesteś prawnikiem, ale cały poświęcasz się sztuce. Co Ci daje to poświęcenie?
L.U.C: To, że od jakichś siedmiu lat, mimo, że uwielbiam spać, wstaję zawsze rano mega szczęśliwy. I każdego dnia przez te lata, kiedy robię muzykę, nie dowierzam szczęściu, które mam: że robię to co kocham, spełniam się jak obietnica słownego dziadka i jeszcze czasem, ktoś to docenia dając obiektywny dowód, że to wszystko ma sens. Po prostu czuję, że jestem na swoim miejscu.

MM: Czujesz satysfakcję…
L.U.C: Tak, ale przede wszystkim to jest to, o czym mówi ta płyta. Oprócz opowieści o mieście mówi ona o tym, że każdy z nas ma w sobie skarb i niełatwo go znaleźć. Jednym jest on podany na tacy, mogą go znaleźć jak automat parkingowy na każdym rogu, a inni muszą się wybrać gdzieś do Lubina - zaszyć w kopalni na dwadzieścia lat wynająć koparki i kopać według badań facetów, co chodzą z różdżkami i machają wahadłami. Potem wysadzają dynamity, biorą kredyty, kupują tytanowe wiertła i dalej wiercą. A powołania wciąż nie widać. Tak nierównomiernie jest ukryty ten nasz skarb. Ale uważam, że warto go szukać. Mój był bardzo dziwnie ukryty, bo ja nigdy nie sądziłem, że mam taką możliwość, zdolność do wykreowania czegokolwiek poza stolcem. Polecam wszystkim ludziom szukać swojego skarbu, bo życie jest jak targi fryzjerskie - każdy próbuję Cię wystylizować na swój sposób - mama, tata, koledzy, szkoła - i czasem zapominamy już jaki właściwie był nasz kolor włosów.

MM: A jak to się stało, że w ogóle zacząłeś tworzyć muzykę i skąd czerpiesz na to tyle energii?
L.U.C: To jest pytanie, na które na szczęście już nigdy nie będę musiał odpowiadać, tylko każdemu będę podsuwać pod nos właśnie tę płytę. Myślę, że chwyciłem Boga za piętę, że robię to, co kocham i chcę tego zrobić jak najwięcej, bo mam szansę. Zachowuję się trochę jak taki kundel, który siedział w budzie zamknięty przez, powiedzmy, trzynaście miesięcy i nagle jest wypuszczony na dwór: biega, szczeka, przynosi patyki, językiem chlasta zboże i nie może się nacieszyć. Ja tak troszeczkę funkcjonuję. Ale definitywnie muszę zwolnić. To moje postanowienie na trzydziestkę. To moja czwarta płyta w ciągu ostatnich 2 lat, a chyba 10 w ogóle.

rozmawiała: Marta Miranowicz

wtorek, 30 sierpnia 2011

Warto odwiedzić: ODT Światowid

Budynek ODT Światowid 
OŚRODEK DZIAŁAŃ TWÓRCZYCH ŚWIATOWID

To miejsce na kulturalnej mapie Wrocławia, gdzie działa obecnie około 30 sekcji oferujących popołudniowe zajęcia artystyczne dla dzieci, młodzieży i dorosłych.

Zajęcia te mieszczą się w kilku głównych nurtach tematycznych; są to: teatr, muzyka, plastyka, taniec, zajęcia zintegrowane, hobby i relaks. Ośrodek od wielu lat rozwija profil działań impresaryjnych – jest organizatorem festiwali, konkursów, warsztatów artystycznych, producentem premier teatralnych, miejscem koncertów i wernisaży. Do dużych imprez Światowida należą: Wrocławski Festiwal Form Muzycznych (listopad), Artystyczne Warsztaty Wokalne (okres ferii zimowych – styczeń lub luty), Festiwal Bajkopisarzy „Piernikowa Chata” (styczeń-kwiecień), Ethnos – kultury świata (kwiecień) i Międzynarodowy Konkurs Plastikowych Modeli Redukcyjnych „Światowid” (maj).

Inny nurt aktywności Ośrodka to panel działań familijnych. Poza letnimi i jesiennymi piknikami rodzinnymi w ofercie znajdują się również wakacyjne plenery ceramiczno – malarskie „Pod górą Ślężą”, skupiające uczestników w różnym wieku (dzieci, młodzież, dorośli), ale o podobnych artystycznych pasjach. Światowid to także niezależna działalność dwóch galerii. Galeria „Ca-ffe pod spódnicą” (czyli kafejka artystyczna Ośrodka) promuje różne oblicza sztuki – organizuje wernisaże i wystawy, spotkania autorskie, kameralne koncerty. Jest też miejscem przedstawień kabaretowych oraz imprez okolicznościowych. Nieustannie zaprasza twórców do współpracy! Galeria 51 - Pracownia Grafiki Artystycznej (przy ul. Szczytnickiej 51we Wrocławiu) ma status fili. Jej przestrzeń spełnia jednocześnie trzy funkcje.

Jako część ODT Światowid wzbogaca ona ofertę Ośrodka w zakresie zajęć artystycznych dla dzieci, młodzieży i dorosłych, ale pozostaje też miejscem artystycznej pracy twórczej jej gospodyń (artystek – graficzek: Marty Lech i Moniki Cichoń), jak i pełni rolę galerii sztuki prezentującej prace profesjonalnych artystów oraz amatorów.  ODT Światowid jak większość wrocławskich instytucji kultury również oferuje: wynajem pomieszczeń, wynajem sprzętu nagłaśniającego, obsługę fotograficzną, organizację komercyjnych imprez artystycznych, plenerowych i okolicznościowych.

Ośrodek Działań Twórczych Światowid
ul. Sempołowskiej 54A
51-661 Wrocław
tel. 71 348 30 10
odt@swiatowid.net.pl

www.swiatowid.net.pl

Temat Numeru: X Wroclaw Industrial Festival

X Wroclaw Industrial Festival 
10 – 13.11.2011

Industrialna muzyka dla industrialnych ludzi” – kiedy awangardowy performer i muzyk Monte Cazazza wymyślił to hasło prawie czterdzieści lat temu, na pewno nie przypuszczał, że nie tylko się ono szybko nie zdezaktualizuje, ale także, że wraz z upływem czasu coraz więcej osób będzie je podchwytywać.

 To, co początkowo było tylko sloganem niewielkiej grupy kontrkulturowych buntowników, stopniowo zaczęło rozszerzać się poza ramy tego artystycznego getta i rozpoczęło triumfalny marsz poprzez inne gatunki i stylistyki, podbijając nowe terytoria w sztuce i kulturze. I tak estetyka industrialna naznaczyła większość współczesnych nurtów, tworząc jednocześnie ich nowe odmiany i kierunki. Wpływ industrialu odbił się wyraźnym  piętnem nie tylko na praktycznie każdym trendzie muzycznym ostatnich dekad, ale miał też swój wpływ również na inne dziedziny sztuki – na film, architekturę, literaturę, performance czy design.

A my we Wrocławiu mamy to szczęście, że właśnie tu odbywa się jedna z najważniejszych na świecie – jeśli w ogóle nie najważniejsza – impreza promująca wszystko, co z industrialną kulturą i muzyką związane. W tym roku Wrocław Industrial Festiwal – bo o nim właśnie mowa – będzie obchodził swój jubileusz. Już od 10 lat zjeżdżają się tu absolutni klasycy gatunku, cała czołówka światowej sceny industrialnej we wszystkich możliwych jej odcieniach i barwach. Klasycy tradycyjnego industrialu, tuzy neofolku, luminarze ambientu we wszystkich jego odmianach, prekursorzy martialu, mistrzowie EBM, IDM i wszystkich innych prądów elektroniki, wirtuozi stylistyki noise – aż za dużo by tu wymieniać. Takie nazwy mówią same za siebie – Tuxedomoon, Psychic TV, Nurse With Wound, Nocturnal Emissions, Deutsch Nepal, Sol Invictus, Merzbow, Esplendor Geometrico, Spiritual Front – to tylko wybrane projekty, które wystąpiły na poprzednich edycjach tej zasłużonej imprezy.

Każda z tych nazw wzbudza silne emocje wśród licznych fanów owej osobliwej estetyki, która w kategoryczny i bezlitosny sposób dokonuje obrachunku ze współczesną kulturą, industrializacją społeczeństwa i cywilizacji – a to wszystko w połączeniu z zafascynowaniem technologią, przy zwróceniu jednak uwagi na wszelkie zagrożenia z jej strony płynące. Oczywiście Wrocław Industrial Festiwal, zorganizowany przez Maćka Fretta i Arka Bagińskiego ze Stowarzyszenie Industrial Art, to nie tylko rewia gwiazd gatunku – podczas jego trwania można zobaczyć na żywo i zapoznać się także z nadziejami tej estetyki, z artystami starającymi się ruszyć ją na zupełnie nowe tory, z eksperymentatorami i awangardzistami, którzy wciąż popychają industrial do przodu, sprawiając, że jest to jedna z tych estetyk, której na pewno nie można nazwać martwą i której wpływ, mimo swojego pozornie ograniczonego zasięgu, daleko wykracza poza łamy jej samej, w wyraźny sposób odbijając się na wielu innych dziedzinach. Dlatego też każdy szanujący się fan muzycznego eksperymentu powinien  podpisać swoją listę obecności we Wrocławiu między 10 a 13 listopada 2011 roku, a na pewno odnajdzie podczas tego cyklicznego wydarzenia coś dla siebie.


I tak przez swoją artystyczną bezkompromisowość Wrocław Industrial Festiwal dożył do sędziwego wieku jak na festiwal daleki od prezentacji czysto komercyjnych projektów. Jak należało się spodziewać – dziesiąta edycja jest czymś zdecydowanie specjalnym, pełnym niespodzianek i wisienek na torcie dla najbardziej wymagających audiofili.  Trudno nawet wymienić jedną gwiazdę tej edycji, bo artystów z pierwszej, światowej ligi jest aż kilku. A zatem – zaczynamy! Po pierwsze – Clock DVA – nazwa elektryzująca wszystkich wielbicieli industrialu, post-punka i EBM, absolutni nestorzy na tej scenie, grający już od 35 lat, którzy współtworzyli takie formacje, jak Cabaret Voltaire, Human League, The Siouxie and The Banshees czy The Anti Group Company (który to projekt również zagości na festiwalu). Obok nich – Der Blutharsch and The Infinite Chuch of The Leading Hand – nowe wcielenie jednego z najważniejszych zespołów dla nurtu martial industrial – obecnie w wyraźny sposób romansującego z psychodelicznym rockiem spod znaku Hawkwind. Kolejną gwiazdą będzie Absolute Body Control – formacja z początku uprawiająca synthpop, potem niezwykle ważna dla rozwoju europejskiego EBM, która po reaktywacji w 2008 roku powróciła do swoich muzycznych korzeni.

Jednym z highlightów festiwalu będzie na pewno występ legendarnej grupy Zoviet France – niezwykle ważnej multimedialnej formacji, która odnalazła się we właściwie każdej odmianie ambientu, dekonstruując  je i odbudowując w oryginalny sposób, korzystając ze wpływów tak przeciwnych sobie stylistyk jak muzyka konkretna czy field recording. Nie można też pominąć innej ważnej postaci, która wystąpi się we Wrocławiu – to Tim Lewis, bardziej znany pod swoim pseudonimem Thighpaulsandra – wszechstronny muzyk i multiinstrumentalista, który zasłynął wieloletnią współpracą z Julianem Cope, grupą Spiritualized czy – i to chyba najważniejsze – byciem członkiem jednego z najważniejszych postindustrialnych projektów muzycznych, grupy Coil. Całe to barwne, międzynarodowe towarzystwo dopełnią koncerty brytyjskiego Sieben, Hybryds z Belgii, amerykańskiego Amber Asylum, niemieckich Thorofon, Fjernlys i  Genevieve Pasquier, Minamata z Francji czy czeskiego Skrol. Polska reprezentacja jak co roku również silna – będzie można na żywo usłyszeć projekty Magic Carpathians, Astrid Monroe, GS, Kaleka, KakofoNIKT i Job Karma (która wystąpi na specjalnym koncercie razem z Sieben, promując razem nowy, wspólnie nagrany materiał). Całość dopełnią taneczne sety DJ-ów, prezentujących jednak muzykę odmienną od zwykłej popowej sieczki, którą na co dzień można w usłyszeć w dyskotekach i klubach.


Tak więc tradycyjnie podczas długiego listopadowego weekendu warto zajrzeć do klimatycznych murów Sali Gotyckiej na ulicy Purkyniego (i nie tylko!), która wypełni się po brzegi eksperymentalnymi dźwiękami z całego świata. Nowoczesna elektronika połączy się z akustycznymi brzmieniami, neoklasyczne dźwięki wejdą z mariaż z ostrą awangardą, chwile ciszy i melodii zazębią się z agresywnym hałasem, tradycyjne instrumentarium będzie współgrać z najnowszymi wynalazkami sonicznymi. To nie tylko czas koncertów – to także ważne forum spotkań i wymiany doświadczeń dla ludzi związanych z estetyką industrialu, stanowiąca wyjątkową alternatywę na gruncie współczesnej  kultury, niestety coraz bardziej zdominowanej popkulturową papką.

Rafał Jęczmyk 

Tego słucham (Sebastian Mila)

Sebastian Mila
Sebastian Mila - kapitan piłkarskiej drużyny Śląska Wrocław (wicemistrz Polski w sezonie 2010/2011).











                                   

1. Agnieszka Chylińska - Nie mogę Cię zapomnieć
Ta piosenka już na zawsze będzie mi się kojarzyć z jednym z najwspanialszych momentów w moim życiu - przyjściem na świat mojej córeczki Michalinki. Kiedy mieliśmy jechać z narzeczoną do szpitala na poród, usiedliśmy jeszcze na chwilę i w radiu leciał właśnie ten utwór. Od tej pory zawsze, gdy go słyszę, przypomina mi się ten dzień.

2. Frankie goes to Hollywood - The power of love
Kolejny ważny dzień w moim życiu - przy tej piosence poznałem Ulę, moją obecną narzeczoną i przyszłą żonę.

3. Survivor - Eye of the tiger
Chyba każdy sportowiec ma swoją własną playlistę z piosenkami, które pozytywnie nakręcają go przed wyjściem na stadion. Utwór z filmu "Rocy" jest jedną z tych piosenek, które pozwalają mi odpowiednio zmobilizować się przed meczem.

4. Tina Turner - Simply the best
Podobnie jak "Eye of the tiger" - często słucham tej piosenki przed meczami. Bardzo mnie mobilizuje i nabieram przy niej większej pewności siebie.

5. Agnieszka Włodarczyk - To on
Kolejna piosenka, która przywołuje wspomnienia. Gdy ważyły się losy transferu do Śląska, rozgłośnie radiowe często ją nadawały. Piosenka ta towarzyszyła mi i Uli w momencie, gdy ostatecznie zdecydowaliśmy się na przenosiny do Wrocławia. Zawsze będzie mi się kojarzyła z tym miastem i klubem.

6. Michael Jackson - Billie Jean
7. Michael Jackson - Liberian girl
Michael Jackson i jego piosenki są dla muzyki tym, czym FC Barcelona dla futbolu. Jego twórczość to prawdziwa Liga Mistrzów. Jak każdy chciałbym kiedyś zagrać w Lidze Mistrzów, na razie muszę jednak zadowolić się słuchaniem muzyki Króla Popu.

8. Madonna - Like a prayer
9. Madonna - La isla bonita
Kolejna ważna postać w moim muzycznym życiu. Wspaniała artystka, której piosenki zawsze przywołują młodzieńcze wspomnienia.

10. Hurts - Wonderful life
W poprzednim sezonie zawsze słuchałem tej piosenki przed wyjściem z domu na przedmeczowe zgrupowanie. Nic dziwnego, że kojarzy mi się ze zdobyciem przez Śląsk Wrocław tytułu wicemistrzów Polski.

Sebastiana Milę przepytywał: Łukasz Ragan



Recenzje płytowe: Sinusoidal EP

Sinusoidal EP 
Sinusoidal EP (2011)



Ostatni będą pierwszymi – ta maksyma sprawdziła się w przypadku Sinusoidal.

Pamiętacie Adriannę Styrcz? To ta przebojowa blondynka, która wokalnymi umiejętnościami przerastała wszystkie inne uczestniczki „X-Factor” o głowę. Odpadła z programu, ale to akurat dobrze, bo ze swoim świetnym angielskim i oryginalnością pasowała tam jak pięść do nosa. Była zwyczajnie za dobra na przaśne standardy telewizyjnej rozrywki. Szczęśliwie Wrocławianka nie jest desperatką walczącą o swoje pięć minut. Dowodem na to jest niniejsza EP-ka, efekt współpracy z producentem Michałem Siwakiem w ramach projektu Sinusoidal. Dostajamy pięć utworów opartych na chłodnej, przestrzennej elektronice i zwiewnym głosie Adrianny. Cieszy subtelność, z jaką Siwak klei dopracowane bity i bawi się głosem koleżanki. Cieszy też dojrzałość tej ostatniej – nie popisuje się techniką (a mogłaby), za to idealnie czuje minimalistyczną konwencję. Dla fanów niebanalnego IDM-u. 

Marcin Staniszewski

Recenzje płytowe: Olga Szomańska - "Nówka"

Olga Szomańska - "Nówka" (2011)


Olga Szomańska nie jest debiutantką na polskiej scenie muzycznej – bo trudno tak nazwać kogoś, kto zdążył już zostać Laureatem Piosenki Francuskiej w Lublinie, Festiwalu Piosenki Polskiej z lat 60. i 70 czy programu Szansa na Sukces (rok 1999), kto występował w warszawskich teatrach Rampa i Roma oraz współpracował z Markiem Bałatą, Spirituals Singers Band i Piotrem Rubikiem (przy okazji oratorium Tu es Petrus). Wrocławska publiczność mogła ją zapamiętać jako laureatkę Spotkań Literacko-Muzycznych oraz z roli w musicalu Honorificabilitudinitatibus wystawianym na deskach Teatru muzycznego Capitol.  A więc lepiej wydaną 13 kwietnia 2011 płytę Olgi Szomańskiej „Nówka” nazwać płytowym debiutem nie-debiutantki.

Nie bez powodu w teleekspresowym skrócie wspomniałem o ważniejszych muzycznych przystankach Olgi Szomańskiej, bo „Nówka” wydaje się być właśnie (trochę inaczej, niż mógłby sugerować tytuł) rezultatem jej dotychczasowej ścieżki muzycznej. Raczej jej konsekwencją i podsumowaniem niż chęcią radykalnej zmiany kierunku. „Nówka” nie jest muzycznym rubikonem artystki (przepraszam za banalną grę skojarzeń z jej niedawnym kompanem), ale nie można powiedzieć, by była także krokiem wstecz w karierze wokalistki.

Czym więc właściwie jest „Nówka”? Na pewno bardzo starannie (w postaci atrakcyjnej książeczki) przygotowanym wydawnictwem. Sam krążek zawiera 13 piosenek utrzymanych w lekkiej, popowej stylistyce, w większości całkiem energetycznych i radosnych, choć czasem wokalistka lubi zwolnić tempo i wśród optymistycznych utworów pojawiają nostalgiczne ballady. Koncepcyjnie jest stworzoną wspólnie z Marcinem Partyką opowieścią o współczesnej kobiecie. Kobiecie samodzielnej i niezależnej, ale czasem także samotnej i potrzebującej wsparcia. Tematy poszczególnych kompozycji składają się na obraz kobiecych (czy typowych? nie wiem) dylematów: jest więc o tym, jak mężczyźnie czasem trudno wybrać między dwiema kobietami, ale także o wielkomiejskim zabieganiu i często ukrywanej potrzebie bliskości. I chyba rzeczywiście można, jak sugeruje autorka, potraktować ją jako pewnego rodzaju 13-sto kartkowy pamiętnik dla kobiet i drogowskaz dla mężczyzn.
Łukasz Ragan

Recenzje płytowe: Piotr Baron - "Kaddish"

Piotr Baron - "Kaddish" 
Piotr Baron - Kaddish (2011)

Podobno ile osób, tyle sposobów na modlitwę. Piotr Baron, nestor wrocławskiego jazzu, wybrał muzyczną Litanię do Własnych Świętych. Wśród których znajdziemy takie postaci jak Andrzej Mazur – zmarły przed trzema laty dziennikarz muzyczny oraz papież Jan Paweł II. A tytułowa, majestatyczna, 18-sto minutowa kompozycja „Kaddish” to właśnie hołd złożony pierwszemu z nich. W końcu kaddish to żydowska modlitwa za zmarłych…

Żar modlitwy przelany na muzyczne partytury to nie tylko przypadek najnowszego wydawnictwa - wszak już tytuły poprzednich płyt Barona: Salve Regina, Bogurodzica, Sanctus, Sanctus, Sanctus brzmią wyjątkowo wymownie. Ta forma muzycznej modlitwy, z której regularnie korzysta Piotr Baron, chcąc nie chcąc przypomina późną, „żarliwą” twórczość Johna Coltrane’a.  Nie wiem, czy to efekt świadomej inspiracji, czy po prostu podobna, przesiąknięta wiarą, wrażliwość obu saksofonmistrzów, która pozwala pierwiastki religijnych doświadczeń transponować na (równie) wzniosłe, pełne medytacji dźwięki – w każdym razie naturalne są skojarzenia z Coltranem, które choć nie nachalne, to jednak czytelne. Dominują więc klarowne, wzniosłe tematy i niespiesznie rozwijane, pełne żaru frazy dęciaków. Czasem usłyszymy instrumentalne wymiany argumentów (pianino vs. saksofon czy perkusja vs. kontrabas) i pełne patosu finały.

Komentując jazzowe wydawnictwa nie sposób nie wspomnieć o muzykach. W przypadku płyty „Kaddish” sekcja rytmiczna to Łukasz Żyta (perkusja) i Michał Barański (kontrabas), kreacja muzycznych tematów to zadanie Michała Tokaja (pianino), a rzetelne ich drążenie wzięli na swoje (muzyczne) barki Piotr Baron (saksofon tenorowy i sopranowy, klarnet) wraz z synem Adamem Milwiw-Baronem (trąbka, flugelhorn, didgeridoo). A jeśli mowa już o barkach…ciekawe, czy gdyby nie ta moja podpowiedź, w spokojnym „Pescador de Hombres” rozpoznalibyście ulubioną pieśń papieża-rodaka…

Łukasz Ragan