poniedziałek, 7 listopada 2011

Recenzje: Joseph Magazine - "Night Of The Red Sky"

4871 Nr 6 (listopad-grudzień) 2011

Joseph Magazine - Night Of The Red Sky
(2011)



Mam słabość do absurdalnych nazw zespołów, dlatego Joseph Magazine zaciekawił mnie od razu. Ale nie byłoby tej recenzji, gdyby nie zawartość ich debiutanckiego krążka „Night Of The Red Sky”. Płytkę polecił znajomy, to co, myślę, załączę sobie, posłucham…i tak oto Józef Magazynier chwycił rzetelnego, muzycznego malkontenta za…uszy. Chciałbym sobie trochę ponarzekać, tu wytknąć zbyt małą dbałość o melodię, tam podszczypnąć nieco sportowe podejście do gitary, ale tak naprawdę to nie takie proste – takich szczegółów mogę się czepiać w przereklamowanym Dream Theater, a nie przy płycie debiutantów. Bo nie ma co dłużej ukrywać, że Wrocław doczekał się prog-metalowej perełki, a „Night Of The Red Sky”, mimo kilku przeszarżowanych momentów, poraża muzyczną dojrzałością. I nie mam na myśli jedynie technicznego kunsztu, ale także koncept, jaki konsekwentnie, utwór po utworze, wyłania się z debiutanckiej płyty wrocławian. Ta muzyczna dojrzałość pozwala – poprzez uwikłanie kompozycji, skądinąd (prawie) wyłącznie instrumentalnych, w motywy rodem z filmowego „Zeitgeist” - niemal bez słów opowiedzieć historię docierania do prawdy o sobie. Oczywiście muzyczny duch DT i Liquid Tension Experiment unosi się gdzieś nad kompozycjami Joseph Magazine, ale nie na tyle nisko, by uważać je ich biedniejsze siostry prog-metalowego celebryty zza oceanu. I choć metalowe riffy gęsto posiekane gitarowymi solówkami dominują na tym albumie, nie dajmy się zwieść – to nie jest płyta jedynie dla metalowego inwentarza. To płyta dla tych, dla których niecodzienna muzyka to codzienność

Łukasz Ragan



Rozmowa z Leszkiem Cichońskim

4871 Nr 6 (listopad-grudzień 2011)

Leszek Cichoński, fot. Marcin Tomaszuk

Leszek Cichoński – Sobą Gram

Jeden z najbardziej znanych muzyków Wrocławia. Jego nazwisko nieodłącznie kojarzy się z gitarą. Spiritus movens Thanks Jimi Festival. Przez dziennikarzy Trójki nagrodzony za popularyzację gry na gitarze wśród młodzieży. O swojej najnowszej płycie – „Sobą gram” – trudnych początkach i o tym, co jest dla niego najważniejsze opowiada Leszek Cichoński.



Sandra Wilk: Kiedy zrozumiał Pan, że gitara jest Pana powołaniem?
Leszek Cichoński: Kiedy? Dokładnie 13 września 1982 rok. To była trudna decyzja, bo kończąc studia na Politechnice miałem już zapewnioną „świetną” posadę jako inspektor w dyrekcji zakładów karnych. Jednak 9 dni po ślubie – a była to kolejna „miesięcznica” stanu wojennego – miały miejsce we Wrocławiu dosyć poważne zamieszki, ZOMO strzelało gazem po oknach, na sąsiedniej ulicy była barykada… Wtedy właśnie wybrałem gitarę. Efektem tej decyzji były bardzo trudne pierwsze lata grania i funkcjonowania mojej rodziny. Zupełnie nie byłem przygotowany na tego rodzaju pracę, karierę. Nawet nie myślałem wtedy o sobie w kategoriach muzyka-artysty. Musiało minąć dziesięć lat, zanim zdołałem się w tym wszystkim znaleźć.

SW: Grał Pan z najlepszymi muzykami bluesowymi i jazzowymi w Polsce, Tadeuszem Nalepą czy z Wojtkiem Karolakiem. Jak wspomina Pan współpracę z nimi?
LC: Granie z tak legendarnymi postaciami w latach 80-tych było dla mnie czymś nierealnym, wydawało mi się , ze to zupełnie nieosiągalny pułap. Moja satysfakcja była tym większa, że współpraca z każdym z nich okazywała się spotkaniem dwóch podobnie czujących muzykę istot. Owszem, była różnica między mną, małym żuczkiem, a nimi – ale gdy słuchaliśmy efektu końcowego czyli nagrań, okazywało się, że wszystko się świetnie zazębiało i pasowało do siebie. Z Wojtkiem Karolakiem prawie nigdy nie ustalaliśmy aranży. Zaczynaliśmy grać i po bardzo krótkim czasie wszystko sklejało się w spójną całość, słychać to bardzo dobrze na płycie „Come Together” nagranej z Johnem Tuckerem.

SW: Z kim chciałby Pan jeszcze zagrać?
LC: Jest mnóstwo takich muzyków. Clapton, Santana, Robben Ford. Jedno z tych marzeń być może uda się spełnić, bo staramy się o przyjazd Santany na przyszłoroczny Thanks Jimi Festival.  Może więc wtedy z nim zagram, chociaż chwilę.


SW: Jest Pan bardzo aktywny muzycznie, bierze Pan udział w wielu projektach, ciągle Pan koncertuje. Czym zajmuje się Pan w tej chwili?
LC: Obecnie kończę swoją najnowszą płytę „Sobą gram”. Album będzie niezwykły pod wieloma względami – przede wszystkim jest to pierwszy album, na którym znajdują się wyłącznie moje kompozycje. Wcześniej zdarzało się, że umieszczałem na płytach dwa, trzy moje utwory, jednak najnowszy krążek zawiera tylko moją muzykę, cztery moje teksty, a w kilku utworach także wokal. Teksty, które napisałem dotyczą ważnych spraw w moim życiu. Dwa tytuły : „Kim jestem” i „Co masz w głowie” są jednocześnie pytaniami, które chyba każdy powinien sobie zadać, a co najważniejsze - odpowiedzi jakie możemy uzyskać podnoszą jakość naszego życia i naszą samoświadomość. Treść całego krążka kręci się wokół takich właśnie ważnych kwestii, ale teksty mają sporo lekkości, mogą stanowić zbiór pozytywnych afirmacji i podpowiedzi dla kogoś , kto tego szuka czy potrzebuje. Tekst tytułowego „Sobą gram” napisał Jacek Cygan – jest w 100% trafiony,  w pełni się z nim identyfikuje.  Również okładka płyty będzie bardzo oryginalna. Zaprzyjaźniony rzeźbiarz ze Śląska Marek Grzebyk namalował dla mnie obrazy na szkle w energetyzujacych kolorach, na których powydrapywał ciekawe gitarowe motywy - przez wydrapania przechodzi światło. Ma to znaczenie symboliczne. W książeczce z tekstami kolory do kolejnych utworów są wprowadzane zgodnie z zasadami Feng Shui. Tytuł też będzie wydrapany według wzoru, który własnoręcznie napisałem ... to ciekawe, że przy okazji takiego wydawnictwa można dać tyle siebie...

SW: Czyli inne projekty poszły chwilowo w odstawkę?
LC: Nie, nie … jednocześnie gram z węgiersko-słowacko–czeskim zespołem Visegrad Blues Band i realizuję projekt Hendrix Symfonicznie. Najczęściej gramy z Orkiestrą Filharmonii Dolnośląskiej w Jeleniej Górze, koncerty te są znakomicie przyjmowane przez publiczność. Na listopad planuję trasę koncertową mojego zespołu Guitar Workshop promująca nową płytę. Domykam też trasę akustyczną z Mike’em Green’em i Davidem Price’em. Od dwudziestu paru lat grałem tylko na gitarze elektrycznej, półtora roku temu sięgnąłem po akustyczną – i stała się moją nową pasją. Dostałem piękną gitarę od czeskiego lutnika Frantiszka Furcha. Mam ogromną frajdę z kontaktu z tym instrumentem.

SW: Dlaczego dopiero teraz zdecydował się Pan umieścić swój wokal na płycie? Musiał Pan do tego dojrzeć?
LC: Myślę, że tak. Kwestia dojrzałości jest w tym wypadku bardzo istotna. U instrumentalisty istnieje silny opór psychiczny przed wyrażaniem się głosem, a głos jest przecież instrumentem niesamowicie uzależnionym od psychiki. Ważny jest też dystans do samego siebie. I oczywiście sama wewnętrzna potrzeba, chęć śpiewania.

SW: Uczy się Pan śpiewu?
LC: Niesystematycznie, ale cały czas się rozwijam. Uczęszczam co jakiś czas na kursy, korzystam z konsultacji, staram się regularnie wykonywać zestaw ćwiczeń. Traktuję to poważnie; śpiewanie jest dla mnie ciekawą, nową ścieżką rozwoju. Samo skupienie na głosie jest formą medytacji - może dlatego tak mnie to kręci. Poza tym fakt, że śpiewam pomaga mi przy komponowaniu piosenek. Pojawił się też zupełnie inny wymiar kontaktu z publicznością. Zagrałem kilka razy krótki recital tylko z gitarą akustyczną. Czuje się, że każde słowo dociera i zostawia ślad.

SW: Czy nowa płyta jest efektem zapotrzebowania na rynku muzycznym na taką muzykę? Płyty z muzyką instrumentalną sprzedają się gorzej.
LC: To raczej potrzeba ducha niż zapotrzebowanie rynku. Ale to prawda, że trudniej jest sprzedać muzykę instrumentalną. Nie dlatego jednak nagrałem płytę z piosenkami. Głos zawsze był dla mnie instrumentem trafiającym „prosto w serce” i już od paru lat pisałem do szuflady utwory z założenia dla wokalistów.   Nie śpiewam jeszcze wystarczająco dobrze, żeby nagrać te wszystkie  piosenki sam dlatego na najnowszej płycie pojawia się kilka bardzo dobrych głosów: Jorgos Skolias, Mateusz Krautwurst i młody, nieznany jeszcze szerzej wokalista Łukasz Łuczkowski. Dla siebie zostawiłem dwie bardzo osobiste piosenki „Kim jestem” i tytułową ”Sobą gram”, a jeden utwór śpiewam wspólnie z Kasią Mirowską.

SW: Jaka ta płyta będzie muzycznie?
LC: Ta płyta spodoba się przede wszystkim tym, którzy szukają nowoczesnego grania podszytego bluesem, trochę soulowo-funkującym. Muzycznie w dużym stopniu pokrywa się z tym, czego od dawna słucham. Nie jest to więc może muzyka nowa i odkrywcza,– ale jest tam przeniesienie pewnej wrażliwości i groove’ów, które „kręcą” mnie od zawsze i myślę, że dodałem im jeszcze mojego własnego „pazura”.

SW: Czy ta płyta – pierwsza autorska – jest dla Pana najważniejsza?
LC: Tak, im bliżej końca produkcji tym bardziej czuje jak ważny i wartościowy jest dla mnie ten krążek. Co mnie w nim zaskoczyło – choć niektóre kompozycje są nowe, a niektóre sprzed kilku lat – całość bardzo spójnie się zamyka, zarówno jeśli chodzi o muzykę, jak i treść. Identyfikuję się z każdym tekstem i chyba przez to ten album jest dla mnie taki ważny, dlatego ma według mnie taki istotny przekaz. Myślę że ludzie, którzy ciągle szukają, znajdą kilka podpowiedzi, jak pokierować życiem, żeby było po prostu szczęśliwsze.


SW: Co Pana inspiruje do pisania tekstów?
LC: Nie wiem, jak to dokładnie jest. Pisanie jest dla mnie nowym doświadczeniem, to się dzieje zupełnie magicznie. Chodzę nawet miesiąc z jakimś pomysłem, zapisuję na kartkach, a pewnego dnia – bęc! Piszę cały tekst. Świetne uczucie.


SW: Porozmawiajmy o rekordzie: czy gitarowe bicie rekordu powstało aby popularyzować grę na gitarze?
LC: To był kolejny pomysł, który wziął się nie wiadomo skąd, a który miał swoje początki w roku ’92 albo ’93 na warsztatach w Zakrzewie. Zaprosiłem wszystkich młodych gitarzystów, żebyśmy zagrali wspólnie „Hey Joe” i – po krótkiej próbie – efekt był niesamowity. Taka ekspresja, moc! Wszyscy byli zaskoczeni. To doświadczenie zostało we mnie gdzieś w środku i wydarzyło się ponownie na Rynku we Wrocławiu prawie 10 lat temu. Pierwsze lata były trudne i ciężko byłoby przez to przebrnąć gdyby nie współpraca z Krzyśkiem Jakubczakiem. Teraz impreza bardzo szybko się rozwija, przybywa fanów – rodzice z dziećmi, dzieci z rodzicami,  bobasy z plastikowymi gitarkami, łysi hippisi… Wszyscy razem grają i przeżywają muzykę – to jest najwspanialsze, co może być. To nagroda za te wszystkie trudności, które spotykały nas na początku. Miasto widzi, że dzięki Thanks Jimi Festival Wrocław jest postrzegany na świecie jako miasto gitary.


SW: Czy polska muzyka gitarowa ma potencjał, aby zaistnieć na międzynarodowej arenie?
LC: Poziom – jak wszędzie na świecie – rośnie, świetnych gitarzystów również  w naszym kraju przybywa. Ważna jest oryginalność i to, żeby nie wpaść w schematy i pogoń za techniką. Młodzi gitarzyści często chcą grać szybko i dużo… Na warsztatach powtarzam często, że poradnie psychiatryczne są pełne perfekcjonistów, a nie o to przecież chodzi. Gonitwa za techniką nigdy się nie kończy i nie daje szczęścia. Ważniejsze są emocje, które można przekazać nawet kilkoma dźwiękami.

SW: Czuje się Pan spełniony zawodowo?
LC: Muzyka jest ważną częścią mnie, ale nie najważniejszą. Czuję się w dużym stopniu spełniony jako człowiek - to dla mnie istotniejsze. Życie jest ważniejsze od muzyki – to, że moje dzieci są szczęśliwe, że mam rewelacyjną wnuczkę… to daje autentyczne poczucie spełnienia. Niezwykłą satysfakcję sprawia to, że udało mi się godzić udane życie prywatne z byciem muzykiem. Właśnie taki rodzaj harmonii ma swój oddźwięk na mojej nowej płycie. Ktoś, kto jej uważnie posłucha, na pewno to wyczuje.

SW: Jakie oczekiwania wiąże Pan z płytą?
LC:  Chciałbym, żeby moja płyta została zauważona, zwłaszcza przez osoby, które szukają takiej muzy, i tych treści, żeby do nich dotarła. Może nie jest to muzyka dla każdego, choć czasem wydaje mi się , ze każdy znalazłby na tym krążku cos dla siebie. Są to przede wszystkim melodyjne piosenki z dobrymi, wartościowymi tekstami . Chciałbym, żeby od czasu do czasu zagrali to na antenie, żeby ktoś o tym krążku napisał… Żeby ktoś coś dzięki tej muzyce przeżył, może zmienił coś w życiu na lepsze – a to chyba najważniejsze.

Rozmawiała Sandra Wilk



O nich będzie głośno: Rabastabarbar

4871 Nr 6 (listopad-grudzień 2011)

Rabastabarbar

Nie to, co modne. Nie to, co trendy.




Wrocławski Rabastabarbar po raz pierwszy w masowej świadomości zaistniał w roku 2008, kiedy za pośrednictwem popularnego portalu internetowego megatotal.pl wydał singiel „Spacer Niesamotny”. Nie byłoby w tym nic wyjątkowego, gdyby nie fakt, że płyta ukazała się w całości dzięki wkładowi finansowemu fanów zespołu. Wcześniejsze lata działalności grupy (powstała w 2004 roku) to intensywny okres poszukiwań oparty o zainteresowania wszystkich jej członków. Począwszy od popu, przez reggae, a na funky kończąc. Rozpoznawalny styl Rabastabarbar (pop-rock z elementami poezji śpiewanej i reggae) wykrystalizował się stosunkowo niedawno, czego dowodem debiutancki krążek zespołu („Rabastabarbar”). Koncert premierowy odbył się 22. września we wrocławskim Klubie PUZZLE. Do sprzedaży płyta trafiła cztery dni później. Tym razem żadnej ściepy nie było. Zespołem zainteresował się niezależny wydawca muzyczny Pink Crow. Obecnie zespół jest w trasie promującej album. W momencie, w którym czytacie ten numer „4871”, dojeżdża do Sulęcina. My jednak Andrzeja Plutę-Łobacza (gitara) na krótką rozmowę namówiliśmy jeszcze przed rozpoczęciem szału koncertowego na dobre.


Dlaczego o zespole Rabastabarbar „będzie głośno”?
Przede wszystkim dlatego, że swoją muzykę tworzymy już od siedmiu lat i przez ten czas ciągle docierają do nas informacje zwrotne od fanów. Czy to na koncertach, czy to za pośrednictwem portalu megatotal.pl. Obserwujemy też sprzedaż naszej muzyki. Poza tym wydaje mi się, że robimy coś innego. Nie to co jest modne, nie to co jest trendy. Mam nadzieję, że to nam właśnie pomoże.

Co przed wydaniem płyty było najważniejsze dla funkcjonowania zespołu?
Najważniejsze było ustabilizowanie składu i to, żeby bez względu na wszystko robić swoje. Non stop nagrywaliśmy demówki, dużo graliśmy i przez to osiągnęliśmy jakąś tam popularność w podziemiu, co z pewnością teraz procentuje. Uparcie dążyliśmy do wydania płyty, lecz wcale nie jest tak łatwo to osiągnąć. Dlatego tak długo to trwało. Na szczęście
w końcu się udało.

Jak w takim razie udał się sam koncert promocyjny?
Muszę przyznać, że okazał się dla nas dużym zaskoczeniem. Przyszło bardzo dużo ludzi. Klub mieści mniej więcej 300 osób i był pełny. Kilka nawet nie weszło. No i jeszcze
w międzyczasie sprzedały się wszystkie płyty, które były do nabycia. To chyba dobry wynik. Ale tak jak mówię, przede wszystkim zaskoczenie. Okazało się, że możemy zapełnić większe sale, a ludzie są ciekawi naszej muzyki. To dobrze rokuje.

A jak rokuje płyta „Rabastabarbar”?
W zasadzie osiągnęliśmy na niej to, do czego dążyliśmy przez cały czas istnienia zespołu. Nagraliśmy muzykę bez użycia komputera. Dzięki temu płyta brzmi niezwykle naturalnie, co było dla nas bardzo istotne. Była to też pierwsza nasza rejestracja, podczas której mieliśmy dla siebie studio na tak długi okres. Świetna sprawa. Mamy więc nadzieję, że właśnie ta naturalność płyty dotrze do słuchaczy. A jeśli tak się stanie, to być może będzie ich jeszcze trochę więcej.


Może też stać się krokiem do utrzymywania się z muzyki…
Ciężko powiedzieć. Niektórzy z nas mają stałe prace, niektórzy pracują dorywczo albo jeszcze studiują. Wiadomo jak jest. Nie każdy od razu robi, to co sobie wymarzy. Jesteśmy tego świadomi. Mamy jednak nadzieję, że album pomoże nam w pozostaniu przy tworzeniu muzyki, komponowaniu i graniu koncertów. Oczywiście chcielibyśmy móc się z tego utrzymywać, ale jak będzie, zobaczymy. Póki co, chcemy aby „Rabastabarbar” pomógł nam szerzej zaistnieć.

Michał Baniowski

O nich będzie głośno: LOV

4871 NR 6 (listopad-grudzień 2011)

fot. Olga Kwiatek, edycja - Marita Bobko

Właściwie należałoby napisać o nich już było i na pewno jeszcze będzie głośno.

Zespół LOV powstał w marcu 2008 r. Trzy miesiące później wygrał program telewizyjny Nowa Generacja emitowany na TV4, a tydzień później nagrodę Jury na Festiwalu TopTrendy 2008. W styczniu 2009 LOV w 2 tygodnie zarejestrował materiał na debiutancki album, a parę miesięcy później podpisał kontrakt fonograficzny z firmą QLMusic.

W sierpniu 2009 na antenach ogólnopolskich rozgłośni radiowych, m.in. Eski Rock i Radia Zet, pojawił się utwór "Wiem", do którego nakręcono teledysk wg pomysłu muzyków. "Wiem" zakwalifikowało się do rywalizacji o bursztynowego słowika w konkursie Sopot Festival 2009. 11 września tego samego roku miała miejsce premiera pierwszego albumu LOV zatytułowanego "Minus Szum".
O tym, co działo się z zespołem po tym niezwykle intensywnym i pełnym sukcesów okresie, opowiada Andrzej Strzemżalski, wokalista, założyciel i lider LOV.

„Pojawienie się albumu „Minus Szum” oraz zamieszanie promocyjne wokół niego było tak naprawdę zwieńczeniem ważnego etapu w życiu LOV. Po kilkumiesięcznej przerwie, którą zaaplikowaliśmy sobie po całym tym zgiełku, osiągnęliśmy stan, w którym konieczne były poważne zmiany. Po prawie trzech latach wspólnego grania rozstaliśmy się z Bolkiem (perkusista Bolek Wilczek, przyp.red.) i Pawłem (basista Paweł Rosiak, przyp.red.). Jestem im cholernie wdzięczny za miliony godzin spędzone na próbach i w studiu nagrań, za świetne koncerty oraz za to, że razem stworzyliśmy coś, z czego jesteśmy dumni. Życzę Wam powodzenia, chłopaki.

  Przez pewien czas zespół istniał w składzie dwuosobowym. Czułem, że wróciliśmy do punktu wyjścia, ale szczęśliwie nie trwaliśmy w nim przesadnie długo. Postanowiliśmy odkryć LOV na nowo. Od początku wiedzieliśmy, że ów pomysł nie wróży niczego dobrego, więc konsekwentnie brnęliśmy w to dalej. Do współpracy udało nam się zaprosić naszych przyjaciół. Dołączyli do nas: Wojtek Orszewski, artystyczna osobowość mnoga, oraz Wojtek Buliński, perkusista z kosmosu, z którym w podstawówce założyłem swój pierwszy zespół. Włączyliśmy silniki i obecnie maszyna działa na pełnych obrotach. Komponujemy, nagrywamy, ale też dużo razem dżemujemy, przez co odkrywamy w sobie niezbadane wcześniej pokłady spontaniczności. Jedno jest pewne - LOV bardzo się zmienił, dojrzewa i bardzo bym chciał, aby ten proces trwał jak najdłużej. Głupio byłoby się zbyt szybko zestarzeć”.

Obecnie skład zespołu tworzą: Andrzej Strzemżalski, gitarzysta Bartek Kapłański (od początku istnienia), gitarzysta Wojtek Orszewski i perkusista Wojtek Buliński. Muzyka, którą LOV zaprezentował na debiutanckim „Minus Szum” to melodyjny, refleksyjny pop z domieszką rock’n’rolla. Kiedy spragnieni fani doczekają się kolejnej płyty zespołu?

„Pytanie o kolejną płytę jest trudne, przez co jestem zmuszony odpowiedzieć wymijająco - "wkrótce". Tak naprawdę nie wiemy jeszcze, jak potoczą się nasze losy z wydawniczego punktu widzenia - obecnie pracujemy nad nowymi kompozycjami, a to, kiedy ukażą się one w formie nowego albumu, jest dla nas kwestią drugorzędną. Pewnie nie zabrzmi to zbyt pocieszająco, ale nie spieszy nam się. Mogę natomiast obiecać, że jeśli będziemy mieli gotowy choćby drobiazg, z pewnością podzielimy się nim z Wami. Śledźcie nas na www.lov.com.pl.”.

Ola Guła

Subiektywne ucho: Adrianna Styrcz poleca...

Adrianna Styrcz
fot. Anna Maria Olech
Adrianna Styrcz, wokalistka zespołu Sinusoidal, poleca płytę:

Little Dragon - Ritual Union (2011)






Little Dragon - Ritual Union (2011)
Są spełnieniem moich marzeń o tym jak powinien wyglądać, a przede wszystkim grać zespół! Polecam zostać sam na sam z tą płytą (o to w Polsce dość trudno, ja swoją sprowadziłam aż z Holandii), dobrymi słuchawkami i zawrzeć związek małżeński z małym smokiem aka smoczusiem! ;)

Usłyszałam o nich ok. rok temu i absolutnie zawładnęli moim sercem. Już wtedy wiedziałam, że to będzie stały związek, bo każdy dźwięk jaki się u nich pojawia - zacząwszy od utworu "Twice" na pierwszej płycie, a skończywszy na ostatnim "Seconds" z niedawno wydanej "Ritual Union" - to po prostu genialna nutka.

Początki brzmienia nie były tak oczywiście idące w kierunku elektroniki, dopiero druga płyta "Machine Dreams" przyniosła co do tego pewność, za co chwała Panu, bo w końcu esencja ich stylu wybrzmiewa. Ale, że tak prędko się "hajtniemy", to od początku nie miałam pojęcia. Zacznę od frontmenki, która parę lat wcześniej urzekała niesamowicie ciepłą barwą głosu i cudownie jedwabistym wibratem, udzielając się chłopakom z Koop oraz niejakiemu Hird'owi (ten wysmażył szczególnie tłusty kawałek pt. „Fading Blues” - zawsze obecny w moim odtwarzaczu przenośnym). Zdaje się, że to był chyba jeszcze czas „docierania” wizji tego, co naprawdę Yukimi chce ludziom przekazywać. I oto mamy efekt końcowy, chociaż ja wciąż mam nadzieję, że nie ostateczny. Do rzeczy: co znajdziemy na krążku „Rutual Union”, oprócz zdjęć ślubnych rodziców i dziadków wspaniałych szwedzkich muzyków? Otóż dzieło otwiera, można by już śmiało powiedzieć, szlagier ostatnich miesięcy "Ritual Union". Następnie cztery wesołe kawałki - i te chętnie poleciłabym każdemu dj'owi na klubowy dancefloor, bo to co słyszę tam w rzeczywistości przyprawia mnie o konwulsyjne spazmy i jęki zawodu. Wraz z "Crystalfilm" zaczyna się moja ulubiona część płyty, gdzie sinusoida opada z wolna w dół (jako połowa duetu Sinusoidal nie mogłam o tym nie wspomnieć, równowaga w życiu to podstawa(!)).

I oto w każdym kolejnym utworze docieramy do sedna, czym jest Little Dragon. To muzyka pełna elektronicznych smaczków rodem z lat 80, doprawiona ciepłym wokalem o szlachetnym wschodnim zabarwieniu. Ta muzyka to forma unikalna, która ciągle niejednolitą będąc, bez reszty wciąga w świat jego (czyt. małego smoka) fantazji. 

Uprzedzam - to nie jest łatwa płyta ale absolutnie warta uwagi. Wszelkim niedowiarkom doradzam również pojawić się na koncercie zespołu, a ten najbliższy już 4.11 we wrocławskim Eterze. Jeśli to co tutaj napisałam ciągle nie sprawia, że zaglądasz do portfela w poszukiwaniu mamony na płytę, albo chociażby macasz nerwowo po ipadzie w poszukiwaniu itunes'a, to proszę, błagam, please - "wymagający" słuchaczu - pokaż, żeś choć leniwy, to się starasz i rzuć uchem w kierunku dostępnego w sieci utworu pt. "Feather". Wtedy, prawdopodobnie, ale tylko prawdopodobnie, zrozumiesz, czemu Adriannie Styrcz pocą się ręce i opiewa Szwedów w samych superlatywach na pierwszych stronach informatora Muzycznego 4871 ;)

Ps. Na koniec podniet dodam: to, że Gorillaz zainteresował się nimi, to ledwie wydarzenie, bo o nich już huczy cała Europa i kawałek dalszych landów.

Miłego odbioru!
Adrianka :)


Się dzieje we Wrocławiu - Jazztopad 2011

Fred Hersch, fot. Steve J Sherman

Koncert giganta jazzu – Sonny’ego Rollinsa – rozpocznie tegoroczną edycję festiwalu Jazztopad! Premiera utworu Uri Caine’a, polsko-niemiecki maraton jazzowy, kolejna odsłona JazzPlaysEurope LABORATORY,  warsztaty mistrzowskie – to tylko niektóre z wydarzeń, które czekają nas podczas festiwalu.

W ciągu trzech ostatnich lat udało się zbudować festiwal, który uznawany jest za jedno z najbardziej znaczących przedsięwzięć jazzowych nie tylko w Polsce, ale również w Europie. Dzieje się tak głównie z powodu bardzo rzadkiej formuły festiwalu: koncerty są przygotowywane specjalnie na zamówienie. W ciągu ostatnich trzech edycji udało się zaprosić po raz pierwszy do Wrocławia najważniejszych artystów jazzowych na świecie i namówić ich, żeby specjalnie na festiwal napisali nowe kompozycje. I tak Jazztopad stał się festiwalem, na którym gwiazdy chcą mieć premiery swoich utworów!
Konsekwentnie udaje się realizować koncepcję prezentowania największych gwiazd jazzu. W listopadzie 2011 roku festiwal rozpocznie się od wydarzenia, które z pewnością będzie jednym z najważniejszych, jeśli nie najważniejszym wydarzeniem jazzowym w naszym kraju. 6 listopada w  Regionalnym Centrum Turystyki Biznesowej wystąpi sam Sonny Rollins. Będzie to jego jedyny koncert w Polsce. Saxophone Collosus – to nie tylko tytuł przełomowego albumu Rollinsa, ale także przydomek określający jego wyjątkową pozycję w świecie jazzu. Dwukrotny laureat Grammy, zdobywca „muzycznego Nobla” – Polar Music Prize, seryjny zwycięzca plebiscytów magazynów jazzowych. Rollins to ostatni  z gigantów jazzu, ogniwo łączące współczesną muzykę z legendami. Louis Armstrong, Miles Davis, Billie Holiday – Rollins grał z największymi z wielkich. Przez ponad pół wieku kariery muzyk tworzył kompozycje i albumy, które wpisały się historię jazzu. Najważniejsze to „Saxophone Colossus”, „Tenor Madness” czy „The Freedom Suite”.

Koncert kolejnych gwiazd Jazztopadu: Davida Liebmana i Richiego Beiracha będzie jedynym w Europie. Współpraca tych dwóch artystów trwa już niemal 40 lat i jest bardzo intensywna. Saksofon/fortepian to rzadka kombinacja w jazzie, ale poruszające dialogi dwójki artystów potwierdzają niewątpliwy urok grania w tak małym składzie. David Liebman swoją jazzową podróż zaczynał w latach 70-tych od mocnego wejścia – pierwsze zespoły tworzył z m.in. Elvinem Jonesem, Milesem Davisem i Chickiem Coreą. Brał udział w nagraniu ponad 100 płyt. Dojrzała harmonia, wyrafinowana liryka i niezwykła kolorystyka plasują Richiego Beiracha w jednej lidze z Keithem Jarrettem i Chickiem Coreą. Jego umiejętności doceniała światowa czołówka, do współpracy zapraszali go Stan Getz, Lee Konitz czy Chet Baker.
Niezwykle interesującym wydarzeniem festiwalu będzie projekt 24 hour run. Podczas 24 Jazz Marathon będzie miał miejsce cały konglomerat wydarzeń związanych z polskim i niemieckim jazzem. Koncerty, wizualizacje, panele dyskusyjne, pokazy filmowe, gotowanie z muzykami… Wszystko w przestrzeni miejskiej Wrocławia – historycznego łącznika Polski i Niemiec. Na potrzeby wydarzenia zaadaptowane będą: Pasaż pod Błękitnym Słońcem, Filharmonia Wrocławska, kluby muzyczne, prywatne mieszkania oraz centra handlowe. Maraton jazzowy na zakończenie Jazztopadu będzie prezentował najciekawszych młodych muzyków jazzowych z Polski i Niemiec, DJ-ów i artystów wizualnych, a Wrocław skupi kreatywnych twórców z obu stron Odry, publiczność, dziennikarzy i przechodniów. W centrum tego interdyscyplinarnego projektu jest współczesna scena artystyczna i kulturowa obu krajów. Jego celem jest zainicjowanie i promocja kooperacji między polskimi i niemieckimi instytucjami oraz artystami z Północnej Nadrenii i Westfalii.
Kolejnym niezwykłym koncertem będzie premiera kompozycji napisanej na zamówienie festiwalu przez Uri Caine’a. Pianista żydowskiego pochodzenia połączył solidne akademickie wykształcenie (także kompozytorskie) z niemal bezgraniczną otwartością oraz elastycznością stylistyczną. Największą sławę przyniosły mu tyleż obrazoburcze, co erudycyjne opracowania wielkich klasyków. Mahler na klezmerską nutę, Bach i latynosi, Mozart w Arabii albo Wagner w knajpie? Caine to eklektyzm w najlepszym wykonaniu. Pianista bardzo uważnie śledzi kierunki rozwoju światowego rynku muzycznego, czerpie pomysły z jego aktualnych tendencji i mód. Na Jazztopad Uri Caine przygotował rzecz specjalnie dla festiwalowej publiczności: kompozycję dla Lutosławski Quartet, otwartego i kreatywnego zespołu Filharmonii
Wrocławskiej, skupiającego się przede wszystkim na wykonywaniu muzyki współczesnej oraz XX wieku.
Współpracą z Jazztopadem interesują się najważniejsze festiwale jazzowe w Europie. Chodzi tu m.in. o zaproszenie do inicjatywy o nazwie Take Five Europe, która zapoczątkowana była przez London Jazz Festival w 1994 roku, co jest dla Jazztopadu wielkim wyróżnieniem. Jako jedno z niewielu wydarzeń kulturalnych we Wrocławiu Jazztopad otrzymał Patronat Prezydencji Polski w Radzie Unii Europejskiej w 2011 roku. Jest to niezwykle ważny dowód uznania dla Jazztopadu jako festiwalu prezentującego szanse i możliwości, które niesie integracja europejska.
Spędź listopad z jazzem!

Program Festiwalu JAZZTOPAD 2011

 6.11.2011 Audytorium Regionalnego Centrum Turystyki Biznesowej we Wrocławiu Sonny Rollins jedyny koncert w Polsce

12.11.2011 Sala koncertowa Filharmonii Wrocławskiej
Fred Hersch Trio pierwszy raz w Polsce
                                
13.11.2011 Sala koncertowa Filharmonii Wrocławskiej
Bobo Stenson/Jon Fält jedyny koncert w Polsce

19.11.2011 Sala koncertowa Filharmonii Wrocławskiej
David Liebman/Richie Beirach jedyny koncert w Europie

20.11.2011 Sala koncertowa Filharmonii Wrocławskiej
JazzPlaysEurope: LABORATORY 3 jedyny koncert w Polsce

26/27.11.2011 Sala koncertowa Filharmonii Wrocławskiej
24 hour run projekt będący częścią Sezonu Kultury Północnej Nadrenii i Westfalii w Polsce

27.11.2011 Sala koncertowa Filharmonii Wrocławskiej
Uri Caine + Lutosławski Quartet premiera kompozycji na zamówienie festiwalu

Temat Numeru 6 : L.U.C - Kosmostumostów

 4871 numer 6 (listopad-grudzień 2011)

Jestem jak kundel zamknięty w budzie przez trzynaście miesięcy i nagle wypuszczony na dwór.

rysunek: Grzegorz Przybyś
20. października 2011 premierę miało najnowsze wydawnictwo L.U.C-a (Łukasz Rostkowski) - artysty od lat związanego z Wrocławiem. Właśnie temu miastu, jego ludziom i duchom dedykuje on album „Kosmostumostów”. W rozmowie z Informatorem Muzycznym 4871 L.U.C. zdradza szczegóły tego projektu.

Marta Miranowicz: Każdy Twój nowy projekt jest zawsze oryginalny i okazuje się być wielką niespodzianką dla fanów. Czym chcesz zaskoczyć tym razem?

L.U.C:  Nowa płyta ma w okładce drobinki piasku z księżyca, które ściągnąłem ze strony NASA i wydrukowałem nową aplikacją do ajfona. Zaskoczenie to rzecz miła i wartościowa z punktu widzenia ogromnej przewidywalności dzisiejszej muzyki i filmu. Dziś każdy kto uczestniczy w sztuce może czuć się trochę jak Nostradamus. Coraz łatwiej nam wywróżyć o czym będzie następna piosenka na płycie albo jak się skończy film.  Jednak to nie zaskoczenie mnie napędza, lecz polskie zupy i koncept oraz to, że mogę komuś opowiedzieć coś, co mu pomoże czy też da jakieś miłe przeżycie. Myślę, że tutaj zaskoczeniem będzie, oprócz pojawienia się nagle np. prof. Miodka, pewnego rodzaju osobistość płyty. KOSMOSTUMOSTÓW będzie to album bardzo, bardzo osobisty i ujawni pewną tajemnicę ELUCE, czyli to skąd ja się naprawdę wziąłem, bo tego nigdy nie poruszyłem na żadnym albumie. To dość specyficzna historia, która może dodać wiary ludziom, która może pomóc z klęski ulepić uśmiechniętego bałwanka triumfu.

MM: Czy w związku z tym, że ta płyta jest dla Ciebie bardzo osobista czujesz się całkowicie spełniony po jej powstaniu? Jest ona idealnym dopełnieniem Twojej twórczości?
L.U.C:  Lepiej żeby była, bo po tej premierze planuję dłuższą przerwę. Ale jakiś miesiąc po każdej płycie widzę, co można było zrobić lepiej i już chcę nagrywać następną, która będzie lepsza... Mimo to czuję się bardzo dobrze z tym projektem, ma on ciekawą genezę. Oprócz tego, że jest osobisty, jest spełnieniem pewnego marzenia. Jest potwierdzeniem wartości miasta, w którym żyję, bo mówi o osobistym przeżyciu, przez pryzmat Miasta Stumostów, czyli Wrocławia, który zarazem jest mecenasem tego projektu i bardzo się zaangażował. Okazało się, że są w tym mieście urzędnicy, zwłaszcza w Departamencie Spraw Społecznych, Wydziale Kultury i Biurze Euro, którzy chcą robić rzeczy nietuzinkowe - nie boją się awangardy i dziwactwa. Powstał taki wspólny projekt – mój i tego miasta. Niespodzianką jest to, że wychodzimy w przestrzeń miejską poprzez murale i streetart, robimy bardzo wiele dodatkowych akcji, tworzymy również komiks do tej płyty, więc czuję się z nią świetnie - bo jest multimedialna. Odcinam się w niej też od pewnego rodzaju publicystyki i polityki, w którą niektórzy zaczęli mnie dość mocno wciskać i wracam do korzeni sztuki, czyli emocji.

MM: No właśnie, bo w wielu poprzednich utworach komentując otaczającą nas rzeczywistość krytykowałeś polskie społeczeństwo i system, w jakim funkcjonujemy - teraz bardziej skupiłeś się na człowieku i jego wnętrzu?
L.U.C: Tak. To jest płyta nieco filozoficzna, dlatego wychodzi jako PLANET L.U.C, czyli album będący planetą, a więc całym mikroświatem, który sam kształtujesz. Przylatujesz tu swoją rakietką, wystawiasz drabinkę, wysiadasz i chcąc poruszać się po niej gubisz się, odnajdujesz różne uliczki, ścieżki i smaki.  Album jest oczywiście skupiony na konkretnej fabularnej historyjce, ale każdy może w nim znaleźć coś dla siebie. Jest np. lusterko, w którym możesz sprawdzić czy, nie wystaje Ci koza z nosa albo przejrzeć się na wylot i poznać prawdę o sobie.

MM: Co oprócz swojej historii chcesz ukazać poprzez KOSMOSTUMOSTÓW?
L.U.C:  Wartość porażki, łez, zagubienia. Ludzie, którzy mocno pędzą w dół jak Kursk mogą tak naprawdę roztrzaskać się o beton albo bardzo mocno odbić się od dna i polecieć o wiele wyżej aniżeli poziom, z którego spadali. Projekt przede wszystkim jednak ukazuje niesamowite miasto, któremu strasznie dużo zawdzięczam. Nagrałem wiele różnych płyt, w których Wrocław gdzieś tam się pojawiał, ale w sumie nigdy nie stworzyłem albumu, który skupi się na nim, tak jak Polacy na kupowaniu luksusowych samochodów.
Nowa płyta oprócz mnie, mówi o wyjątkowym mieście, które ma oczywiście mnóstwo wad i problemów, ale ma w sobie jakąś niesamowitą energię, która zmieniła całkowicie moje życie i nigdy mu tego nie zapomnę. Nawet jeśli wiatry poniosą mnie na jakąś zupełnie inną część kontynentu czy świata, a może nawet kosmosu, to Miasto Stumostów już zawsze będzie w moim sercu. A póki co jestem tu z wyboru, mimo ogromnych pokus finansowych ze stolicy, którą też bardzo lubię.

MM:  Z tego co mówisz, widać, że Wrocław jest dla Ciebie szczególnie ważny. Co konkretnie sprawiło, że w swej sztuce poświęcasz Wrocławiowi tyle uwagi?
L.U.C: To miasto jest związane z moją historią i moim życiem. To tu przyjechałem, to tu się zagubiłem, to tu kapitan gleba zwinął mi spod nóg asfalt jak dywan i zacząłem spadać. I to tutaj ktoś rozścielił pode mną swoje skrzydła - nie tyle, że mnie uratował, ale odbił mnie w niebo, dał mi potężny grunt do spełnienia siebie, do odnalezienia prawdy w samym sobie. Mówiąc wprost - to miasto i jego ludzie pokazali mi, że zbłądziłem i stchórzyłem wybierając studia - prawo. Że mam w sobie kreatywność, której się wstydziłem i nie miałem odwagi eksplorować. Dało mi wielką wiarę w siebie i pomogło się zrealizować. Historia ukazana na nowej płycie tak naprawdę tylko rozpoczyna pewną historię, która dalej była jeszcze bardziej wrocławska. Drugi koncert we Wrocławiu i już pełny klub ludzi, którzy przyszli wesprzeć nas - rzecz dziwną i inną. PPA itd.. niesamowita energia.

MM:  Jak zmienił się Wrocław, widziany Twoimi oczami, odkąd zacząłeś go opisywać w swojej twórczości?
L.U.C: Dość ładnie i dość bardzo. Ta płyta opowiada o niezwykłym momencie tego miasta,
kiedy jak w majtkach Papaya po puszce szpinaku nastąpił wielki boom. Eksplozja sztuki i nowej muzyki. O czasach tworzenia tzw. wrocławskiego soundu jako indywidualnego brzmienia i stylu. To był czas kiedy w Mekce grałem koncerty jeszcze bez pozwolenia, gdzie przychodziło 500 osób, a Ci którzy się nie mieścili, wsadzali przez okna swoje nerki i uszy, żeby być z nami. Czuło się wielkie wsparcie z tego miasta oraz duże ciśnienie na rzeczy alternatywne, inne, ale w sposób niekrytykancki, bardzo entuzjastyczny. To było niesamowite. Dzisiaj Wrocław się zmienił. Z jednej strony wypiękniał, ale też mam wrażenie, że troszeczkę się ochłodził – wszystko już mamy - musimy uważać, żeby pielęgnować nasz entuzjazm. Mamy super fajne, nowe ulice, piękny stadion, świetną obwodnicę, jestem z tego dumny, lecz z drugiej strony klubowo i koncertowo nastał trudniejszy czas we Wrocławiu. Ale zmieniamy to.

MM:  A jak Ty,  jako artysta, zmieniłeś się od momentu wydania pierwszej płyty?
L.U.C: Myślę, że w międzyczasie zostałem zaatakowany przez 40 miliardów bakterii, które pokonałem, a więc dość duże pole bitew zdrowotnych, dość duże pole bitew emocjonalnych i etycznych, które rozgrywały się we mnie i myślę, że dziś L.U.C to zupełnie inna ziemia. To strasznie długa historia na kolejną płytę. Myślę, że ziemia ta jest jednak wciąż nasączona tym samym powietrzem i tlenem, którego sprawcą jest w sumie Wrocław. Może trawa jest bardziej szorstka, może mam więcej nieufności, może mam czasami troszkę mniej entuzjazmu do pewnych rzeczy, ale jednak wydaje mi się, że jest pewnego rodzaju tlen dystansu, który jest tlenem Wrocławia, bo tu mieszkam i tu zostałem.

MM: W swojej twórczości kierujesz się filozofią 4 galaktyk, która zakłada połączenie muzyki, liryki, filmu i grafiki. Do tej pory nie skupiałeś się jednak na grafice w takim stopniu jak teraz - sądzisz, że komiks pozwoli bardziej zrozumieć Twój przekaz?
L.U.C: Tej uwagi grafice zawsze poświęcałem i tak wyjątkowo dużo, bo nasze okładki były skrupulatnie przygotowywane przez tygodnie, a nawet miesiące przez Adasia i ekipę w Juice. To zawsze była konceptualna identyfikacja całego albumu. W tym momencie przygotowujemy coś jeszcze większego. Czy pozwoli to lepiej zrozumieć moje jazdy? Być może, a może uda się stworzyć kolejną jakość. W to wierzę, bo z Grzesiem Przybysiem, znakomitym rysownikiem, i Adasiem Tunikowskim stworzyliśmy już okładkę, a teraz pracujemy nad komiksem. Jest to wyjątkowa praca: moja praca reżysersko-słowna i ich praca graficzno-ilustracyjna. Mam wrażenie, że naprawdę powstanie dziwna, nieco inna jakość, taki komiks do poetyckich metafor słownych z piosenek. Może to spowoduje, że stanę się jeszcze bardziej niezrozumiały - bo będzie to dawało pole do kolejnych interpretacji i może wybić ludzi z ich wcześniejszych odczuć... Chcę, żeby to była kolejna płaszczyzna tego opowiadania, to ma być cały mikroświat, który pozwoli nam puścić wodze wyobraźni.

MM: Oprócz komiksu ma powstać zainicjowana przez Ciebie Ścieżka Muralowa będąca nawiązaniem do płyty. Czy możesz zdradzić, co będzie przedstawiać i w jakiej części miasta powstanie?
L.U.C: Nie mogę na razie za dużo ujawniać, mogę powiedzieć tyle, że trwa batalia z formalnościami. Faktycznie, chcemy wyprowadzić okładkę w przestrzeń miasta. To pewnie wydarzy się jeszcze tej jesieni.

MM: Czyli jeszcze nie wiecie gdzie?
L.U.C: Na pewno spory fragment będzie na Śródmieściu, czyli w miejscu, w którym się wychowałem we Wrocławiu, gdzie przeżyłem wiele różnych chwil - pozytywnych i  negatywnych. Ma to być zrobione w każdym razie w ten sposób, że te wszystkie trzy rzeczy – komiks, okładka i murale - połączą się.

MM: Ale w jaki sposób? Będą przedstawiać to samo czy stworzą jakiś jeden ciąg?
L.U.C: No właśnie zobaczysz [śmiech]. Stworzy się taka planeta.

MM: A czym muzycznie będzie się różnił najnowszy album od poprzednich?
L.U.C: Chciałem zrobić album z wrocławskimi muzykami, czyli taką płytę, w której udzielają się tutejsze zespoły, ale niestety zostałem zmuszony zrobić to głównie na zasadzie samplingu. Zamykałem się i korzystałem z różnych winyli, głównie polskich, gdyż chciałem promować polską muzykę i ją remiksować. Są to oczywiście moje kompozycje, natomiast do płyty zaprosiłem samych wokalistów, poza Leszkiem Cichońskim, Bondem i Jankiem Krzeszowcem - trzema świetnymi instrumentalistami, którzy zagrali pewne partie. Trudno mi zawsze powiedzieć czym się różnią moje płyty, one są klimatycznie bardzo podobne, muzycznie poruszam się w tych samych rejonach, ale na pewno będzie to wyjątkowo energetyczna i melodyjna płyta.

MM: Jakich wokalistów zaprosiłeś do współpracy?
L.U.C: Powiem Ci tak: bardzo dużą część wokalnego Wrocławia, bo tak naprawdę to ludzie, którzy są powiązani z moją historią. W ogóle na płycie występują tylko i wyłącznie ludzie z Miasta Stumostów. To jest tak zrobiona płyta, że poza bonus trackiem odnoszącym się do Pospolitego Ruszenia, gdzie jest SOKÓŁ z Warszawy, fabułę - bo jest to płyta fabularna z puentą na końcu - opowiadają tylko i wyłącznie Wrocławianie. I są to ludzie z przeróżnych środowisk. Trzeci Wymiar i Waldemar KASTA znani raperzy, Natalia Grosiak z Mikromusic, Mesajah z Natural Dread Killaz, ale także prof. Jan Miodek, Cezary Studniak, aktor, również Philip Fairweather - znany w całym mieście uliczny śpiewak - jeden  z pierwszych Anglików, którzy przyjechali pracować do Polski, a nie odwrotnie. Miał być też Lech Janerka, ale nie udało się nam zazębić.

MM: Więc KOSMOSTUMOSTÓW promuje Wrocław pełną parą…
L.U.C: Taki jest tego cel. Miasto jest partnerem tego projektu i od początku pracujemy nad tym razem, dzięki czemu może to przyjąć wyjątkowy rozmach. Co bardzo ważne, to wyjątkowo dojrzały mecenat, który istnieje mimo, że czasem słodzę, a czasem obnażam słabości Wrocławia. Wszyscy jednak chcemy w jakiś sposób promować to miasto i opowiadać o jego energii innym.

MM: Z zawodu jesteś prawnikiem, ale cały poświęcasz się sztuce. Co Ci daje to poświęcenie?
L.U.C: To, że od jakichś siedmiu lat, mimo, że uwielbiam spać, wstaję zawsze rano mega szczęśliwy. I każdego dnia przez te lata, kiedy robię muzykę, nie dowierzam szczęściu, które mam: że robię to co kocham, spełniam się jak obietnica słownego dziadka i jeszcze czasem, ktoś to docenia dając obiektywny dowód, że to wszystko ma sens. Po prostu czuję, że jestem na swoim miejscu.

MM: Czujesz satysfakcję…
L.U.C: Tak, ale przede wszystkim to jest to, o czym mówi ta płyta. Oprócz opowieści o mieście mówi ona o tym, że każdy z nas ma w sobie skarb i niełatwo go znaleźć. Jednym jest on podany na tacy, mogą go znaleźć jak automat parkingowy na każdym rogu, a inni muszą się wybrać gdzieś do Lubina - zaszyć w kopalni na dwadzieścia lat wynająć koparki i kopać według badań facetów, co chodzą z różdżkami i machają wahadłami. Potem wysadzają dynamity, biorą kredyty, kupują tytanowe wiertła i dalej wiercą. A powołania wciąż nie widać. Tak nierównomiernie jest ukryty ten nasz skarb. Ale uważam, że warto go szukać. Mój był bardzo dziwnie ukryty, bo ja nigdy nie sądziłem, że mam taką możliwość, zdolność do wykreowania czegokolwiek poza stolcem. Polecam wszystkim ludziom szukać swojego skarbu, bo życie jest jak targi fryzjerskie - każdy próbuję Cię wystylizować na swój sposób - mama, tata, koledzy, szkoła - i czasem zapominamy już jaki właściwie był nasz kolor włosów.

MM: A jak to się stało, że w ogóle zacząłeś tworzyć muzykę i skąd czerpiesz na to tyle energii?
L.U.C: To jest pytanie, na które na szczęście już nigdy nie będę musiał odpowiadać, tylko każdemu będę podsuwać pod nos właśnie tę płytę. Myślę, że chwyciłem Boga za piętę, że robię to, co kocham i chcę tego zrobić jak najwięcej, bo mam szansę. Zachowuję się trochę jak taki kundel, który siedział w budzie zamknięty przez, powiedzmy, trzynaście miesięcy i nagle jest wypuszczony na dwór: biega, szczeka, przynosi patyki, językiem chlasta zboże i nie może się nacieszyć. Ja tak troszeczkę funkcjonuję. Ale definitywnie muszę zwolnić. To moje postanowienie na trzydziestkę. To moja czwarta płyta w ciągu ostatnich 2 lat, a chyba 10 w ogóle.

rozmawiała: Marta Miranowicz