środa, 9 marca 2011

Rekomendacje płytowe

4871 / 3 (luty-kwiecień 2011)

 Paristetris - Honey Darlin'
(2010, Lado ABC)

Paristetris to argentyńsko-polskie trio: małżeństwo Candelaria Saenz Valiente i Marcin Masecki oraz  wszędobylski Macio Moretti. Ktoś, kto chciałby włożyć ich najnowszą płytę "Honey Darlin’ " do precyzyjnie opisanej muzycznej szuflady, musi wpaść w panikę po jej przesłuchaniu. Ci, którzy przesłuchają całość, mogą spodziewać się raczej (pomieszanej z zaciekawieniem) rzetelnej konfuzji niż miłości od pierwszego wejrzenia. Te piosenki mogły przecież pójść w zupełnie innych kierunkach (najchętniej poszłyby pewnie we wszystkich na raz..), a to, że któraś kończy się akurat po 4 minutach, a nie po 2 czy 15, wynika raczej z faktu, że ktoś na konsoli przypadkiem usiadł na klawiszu „stop” niż z ich niezłomnej kompozycyjnej logiki.  Rockowa opera zagrana przez histerycznych punkowców dla wczesnych przedszkolaków? Żonglerka nastrojami, piramida kontrastów, muzyczna pizza? Nie sposób zmierzyć ile w tym autoironii i pastiszu, a ile nazbyt poważnie potraktowanego eklektyzmu. W każdym razie – miłośnikom Franka Zappy i pattonowskiego Mr. Bungle powinno się spodobać. Mniej odpornych na nagłe zmiany kontrastów też powinno zaciekawić, bo te kolaże dźwięków lubią czasem poudawać zwykłe piosenki.
                                                                                                                                                                                                   ŁR

wtorek, 1 marca 2011

Rozmowa z Marcinem Kąkalcem (NadmuHy)

Marcin Kąkalec (NadmuHy)

Ile Muh jest w NadmuHah?

- rozmowa z Marcinem Kąkalcem, gitarzystą i liderem wrocławskieh formacji NadmuHy.





b: Strona internetowa NadmuH nadal w budowie? Kiedy start?
Marcin Kąkalec (lider i gitarzysta zespołu NadmuHy): To prawda - strony internetowej jeszcze nie ma. I jest bardziej w planach niż w produkcji (śmiech). Chcemy, żeby była powiązana stylistycznie z okładką naszej płyty i naszym profilem na MySpace, stąd pracujemy nad znalezieniem osoby, która wszystko to by nam spięła w jedną całość. Tak że strona jest w zamyśle, aktualnie zbieramy pomysły na nią (śmiech).


b: Na czym koncentrujecie się obecnie?
M:  Teraz czekamy na wydanie płyty (śmiech). Obecnie koncentrujemy się na znalezieniu kogoś, kto nam ją wyda: jak będziemy mieli produkt, to ruszamy w trasę żeby go promować. Zależy nam na tym, aby grać w klubach materiał, który znalazł się na płycie, dlatego chcemy najpierw ją wydać, a następnie ogrywać na koncertach. Poza tym dogrywamy na próbach nowe kawałki, mamy nowego basistę (Jacek Faryj), który musi ogarnąć cały dotychczasowy materiał NadmuH. Gramy też czasem koncerty.

b: Więc nagraliście demo - i co dalej?
M:  To już jest płyta – nie demo. Czterdzieści minut muzyki autorstwa Nadmuh wyprodukowane pod okiem specjalistów z Fonoplastykonu: Marcina Borsa i Andrzeja "Gieni" Markowskiego. 

b: To znane nazwiska w środowisku muzycznym – możesz powiedzieć jak się z nimi współpracowało?
M:  Super. Po prostu rewelacja. Zupełnie inny świat. Wcześniej byliśmy już w jakichś studiach nagraniowych, z naszym składem czy z innymi muzykami, ale to co oni teraz nam pokazali to jest po prostu kosmos. Podejście do muzyki, do czasu, do realizacji, do nagrywania jest mega profesjonalne. Oni przychodzą do pracy i to jest rzetelna praca – 100%-towe zaangażowanie, mimo, że to nasza pierwsza płyta. Nie tylko zresztą dali z siebie 100%, ale także wycisnęli z nas wszystko co najlepsze. Pamiętam, że po nagrywaniu wychodziliśmy ze studia wymięci jak…(śmiech). Jeśli coś robią – dają z siebie wszystko i są w tym na całego. Jeśli ktoś miałby okazję z nimi pracować – to zdecydowania polecam.

b: Jak długo nagrywaliście materiał w studiu Fonoplastykonu?
M: Sama produkcja trwała dosyć długo, bo od kwietnia do lipca. Chociaż same sesje nagraniowe w studiu zajęły nam jakiś tydzień, może 8 dni. Każdy z muzyków nagrywał się po kolei, ja przykładowo swoje partie gitary nagrałem w 3 dni. Natomiast nagranie jest tylko jednym z etapów produkcji płyty, może nawet nie najważniejszym.  To co wpłynęło na wydłużenie produkcji płyty to już to, w czym my nie uczestniczymy – czyli mastering, wybór ścieżek (a tych ścieżek nagraliśmy bardzo dużo). Nie było żadnego kopiowania już raz nagranych fragmentów – zagraliśmy całość na żywo. Wszystkie pomyłki i przypadkowe dźwięki zostały wyłapane – część z nich zresztą, jeśli pasowała do całości, została wykorzystana. W końcu błędy są także częścią naszego muzycznego oblicza (śmiech).

b: Jak ochrzciliście to swoje pierwsze dziecko?
M: Płyta nazywa się „Muhy” – po prostu. Takie zestawienie nowej nazwy zespołu z tytułem płyty (NadmuHy - MuHy) daje duże możliwości  kompozycyjno interpretacyjne (śmiech),  mamy już też gotową okładkę płyty i na pewno się tym twórczo pobawimy.

b: Skoro „MuHy” to płyta długogrająca, to jako demo możemy traktować „Samotną krowę”?
M: Tak, zdecydowanie. „Samotną krowę” nagraliśmy jakoś 2 lata po powstaniu zespołu, bodajże w 2007 roku. Nagraliśmy ją także własnym kosztem, choć właściwie jej nagranie udało się sfinansować z nagród, które wygraliśmy w różnych konkursach. Pamiętam, że możliwość nagrania jednej piosenki wygraliśmy na jakimś festiwalu, a na pozostałe kawałki dozbieraliśmy z nagród i pojechaliśmy do studia, zdaje się Vintage Records im. Toma Waitsa, pod Poznaniem. Z tym, że tam nie mieliśmy producenta i nagrywaliśmy to własnymi siłami, a że wtedy byliśmy jeszcze mało doświadczonym zespołem i nie mieliśmy za bardzo pomysłu w studio jak ma to w całości wyglądać, stąd materiałowi końcowemu daleko było do ideału (śmiech).

b: Ale cały nakład kilkuset egzemplarzy się rozszedł, więc nie było chyba tak źle?
M: Tak, to prawda. „Samotną krowę” można było nabyć na głównie naszych koncertach i przez stronę internetową. Wszystkie wyprodukowane egzemplarze znalazły nabywców więc rzeczywiście może jakością tego materiału nie było tak tragicznie (śmiech).


b: Czym różni się materiał z „Muh” od materiału z „Samotnej krowy”?
M:  Przede wszystkim nad materiałem z „Muh” czuwał profesjonalny producent. My daliśmy mu wszystkie nasze kawałki, a on wybrał z nich 12 numerów (10 znalazło się na płycie + 2 rezerwowe). „Samotna krowa” zawierała tylko kilka utworów (dokładnie 5: „Blues”, „Podstawówka”, „Jadę po chleb”, „X”, „Jazzy”), na najnowszej płycie jest ich więcej. 4 piosenki z „Samotnej krowy” trafiły także na „MuHy” – z tym, że oczywiście już po szlifie producenckim, stąd różnią się od siebie nawet w samej aranżacji.

b: Jesteś zadowolony z wyboru piosenek na płytę, jakiej dokonał producent?
M: No ja najchętniej nagrałbym wszystkie (śmiech). Powierzyliśmy producentowi nasze kawałki, zaufaliśmy mu co do wyboru piosenek – i nie żałujemy.

b: Jakie więc oblicze NadmuH możemy usłyszeć na płycie? Raczej piosenkowe czy bardziej szalone?
M: Są tam i kawałki „nerwowe” (śmiech) i bardziej spokojne. Na płycie znalazł się na przykład najostrzejszy kawałek – przynajmniej według mnie – jaki mamy:  „181”, ale także znalazły się dużo spokojniejsze, tak że płyta zawiera materiał zdecydowanie przekrojowy.


b:  Same tytuły utworów – to jeszcze wersje robocze?
M: Nie, tytuły już właściwie mają kształt ostateczny.

b: Jak wygląda obecnie koncertowe oblicze NadmuH?
M: Koncentrujemy się na ogrywaniu kawałków, które znalazły się na płycie, ale nie stronimy też od tych, które zostały pominięte, ale wydają nam się fajne. Cały czas także komponujemy nowe kawałki, które będą stopniowo włączane do koncertowego repertuaru. Zresztą, jako że płyta zawiera ok 40 minut muzyki, a my starami się grać koncerty co najmniej godzinne, siłą rzeczy jest miejsce na inny niż płytowy materiał. Ostatnio nawet zdarzyło nam się grać czterogodzinny koncert, choć materiału zabrakło nam już po godzinie (śmiech).

b: Wasza piosenka „Księżyc” jest wśród najpopularniejszych utworów na dolnośląskiej liście sceny DS. – wiesz które miejsce zajmuje?
M: Hm, nie (śmiech)

b: W grudniowym notowaniu, na 44 utwory była na miejscu 8. To chyba niezły wynik?
M:  Ooo, to nieźle, tym bardziej, że piosenka sama w sobie nie jest prosta, najpierw gramy tam na 6/8, a później 7/8, także metrum jest tam raczej niepiosenkowe.

b: A propos utworu „Księżyc” – autorowi jednego z blogów kojarzy się z twórczością łódzkiej Comy. Cieszą Cię takie zestawienia? Czy Coma jest dla was rzeczywistym źródłem inspiracji?
M: Hm, to bardzo dziwne (śmiech). Szczerze mówiąc nie reaguję jakoś żywo na takie porównania, bo tak naprawdę każdy w naszej muzyce słyszy coś innego, coś innego mu się kojarzy i to jest jakby naturalnie związane z jego muzycznymi doświadczeniami. Jeśli ktoś słucha muzyki alternatywnej to raczej nasza muzyka nie skojarzy mu się z Comą, która idzie raczej nurtem, hm, nazwijmy to „głównym” (śmiech), a jak ktoś słucha bardziej popularnych zespołów to siłą rzeczy do nich będzie nas porównywał. Wracając do porównania do Comy – być może wokal Bartka w „Księżycu” może nieco przypominać Roguckiego, sami prywatnie nie słuchamy Comy i nie inspirowaliśmy się nią podczas komponowania, więc jeśli nawet pojawiło się jakieś podobieństwo to zupełnie niezamierzone.

b: Zostając jeszcze na chwilę w temacie – czy często zdarza wam się słyszeć porównania do innych zespołów?
M: Oj tak, zdarza nam się słyszeć  porównania do innych kapel, zresztą rozrzut stylistyczny jest tu ogromny, od popularnego jakieś 20 lat temu w Niemczech zespołu Can do King Crimson + inne różne dziwne historie. Jesteśmy porównywani też np. do At The Drive-In i Mars Volta – może przez to, że podobnie jak u nich nasza muzyka jest gęsta od emocji (śmiech). Może też przez to, że nasza muzyka jest również pełna kontrastów i raczej gitarowa. I tu zdecydowanie możemy się przyznać, że At The Drive-In i Mars Volta to dla nas w pewnej mierze źródło inspiracji.

b: Czy tę inspirację widać też na tym poziomie, że tak jak At The Drive-In przekształciło się w The Mars Volta, z Muh zrobiły się NadMuHy?
M: (śmiech) No jeśli tej zmianie towarzyszyłby podobny skok poziomów to jak najbardziej (śmiech).

b: W waszej muzyce słychać elementy funky, wokalista lubi sobie porecytować, gitara jest raczej wiodącym instrumentem, utwory kipią energią  - co powiedziałbyś na określenie stylu NadMuh jako mix brzmienia Red Hot Chili Peppers i At The Drive-In?
M:  To bardzo miłe. Redhotów słuchaliśmy praktycznie wszyscy, wychowaliśmy się na płytach „Blood Sugar Sex Magic” czy „One Hot Minute”, podobnie zresztą jak każdy z nas ceni twórczość The Mars Volta. Natomiast nie są to na pewno inspiracje na tyle bezpośrednie, że założone od początku: nie chcieliśmy brzmieć jak Redhoci czy Mars Volta, raczej staramy się, aby inspiracji nie było w naszej muzyce słychać, stawiamy na własny styl, chcemy, żeby muzyka NadmuH brzmiała jak NadmuHy.

b: Jak sam – ulegając chwilowej pokusie etykietowania - jako kompozytor większości materiału NadmuH, określiłbyś wasz styl? Jak nazwać to co grają NadmuHy?
M:  Muzyka (śmiech). A tak poważnie to chyba muzyka alternatywna. Nawet jeśli jakieś z naszych utworów – jak „Księżyc” czy „Jazzy” zawierają pewien ładunek komercyjny (zresztą nawet Marcin Bors dziwił się, że nagraliśmy taką piosenkę jak „Jazzy” – uważał, że ona zupełnie stylistycznie nie pasuje do całej reszty „szorstkiej” płyty, że jest „za łatwa”), to ich alternatywność wyraża się w tym, że nie tworzymy ich pod kątem potencjalnych hitów, list przebojów itd.  Zależy nam jedynie, aby kawałek nam się podobał (śmiech). Wszystko co pojawia się w repertuarze NadmuH jest wynikiem naturalnej potrzeby przekazania pewnych chwilowym stanów i emocji, więc nawet jeśli zrobimy kiedyś ładną, melodyjną piosenkę w sam raz do radia,  to będzie to znaczyło, że tak właśnie wtedy czuliśmy.

b: Opowiedz o początkach zespołu.
M:  W rubryce „rok powstania zespołu” zawsze wpisujemy 2005, ale tak naprawdę zespół długo ewoluował. Zresztą ewoluuje do chwili obecnej: ze składu z roku 2005 zostałem tylko ja i Bartek-wokalista, wszyscy inni byli „wymieniani” kilkakrotnie. Podobnie jest z materiałem. Nie gramy pierwszych kawałków, a nawet jeśli gramy, to są już tak zmienione, że nie do poznania, także muzycznie niewiele jest starych Muh w NadmuHah. Gdzieś nawet ostatnio znalazłem nasze starsze nagrania, po ich przesłuchaniu wniosek jest tylko jeden – dużo sie zmieniło (śmiech). Kiedyś używaliśmy więcej przesterów, przez co muzyka była na pewno głośniejsza. Teraz gramy raczej bez technicznych gadżetów, ale staramy się nie zgubić dynamiki utworów. Ja staram się grać jak najwięcej na czystej gitarze, z efektów korzystam bardzo rzadko, zresztą jeśli już to głównie przester i „kaczka”. Staramy, się żeby to wszystko nam z rąk wychodziło, żeby brzmienie było nasze i tylko nasze. To jest podobnie jak z głosem: możesz zaśpiewać jakąś piosenkę poprawnie, ale będzie słychać, że to śpiewasz ty a nie ktoś inny.

b: Jakie były doświadczenia muzyczne każdego z was – NadmuHy to wasz pierwszy projekt?
M:  Obecnie zespół tworzą: Bartek Matuszczyk (wokal), Jacek Faryj (bas), Michał Skwirowski (perkusja), no i ja gram na gitarze. Każdy z nas miał różne doświadczenia muzyczne. Adam (Mickiewicz), nasz poprzedni  basista, grał przedtem trochę czasu z Krzysztofem Krawczykiem i miał większe doświadczenie niż my wszyscy razem wzięci (śmiech). Każdy grał dłużej lub krócej w jakiś projektach przed NadmuHami – ja grałem np. na basie i kontrabasie w folkowej kapeli Buraky. Uczestniczyłem w nagraniu ich płyty, jeździliśmy z koncertami po całej Europie. Bartek miał też kapelę, która zdobyła nagrodę w Węgorzewie. Jacek  ma stosunkowo najmniejsze doświadczenie – jakiś czas temu grał z zespołami punkowymi.

b: Jak wspominasz początki (jeszcze wtedy) Muh?
M: Od 14-go roku życia gram w kapelach, które sam zakładałem. Zespoły się tworzyły, rozpadały, ludzie odchodzili do innych zajęć. Muhy to był zdecydowanie najbardziej stabilny projekt. Po drodze jeszcze grałem w Burakach, które już miały jakąś historię, zresztą nadal istnieją i grają koncerty. Cały czas miałem w głowie coś swojego, gdzieś tam próbowałem jakiś skład zebrać. Będąc na studiach dołączyłem do zespołu z ogłoszenia, nawet chyba nazwy wtedy jeszcze nie mieli. Poszedłem na próbę do nich, posłuchałem jak grają, zapytali mnie o opinię jak brzmią. Powiedziałem szczerze:  strasznie (śmiech). Ale że nie miałem wtedy żadnej kapeli, więc zdecydowałem się z pograć z nimi. Po rozstaniu z wokalistą przejąłem zarządzanie kapelą. Jakoś to się rozwijało, zaczęło się granie koncertów, a nazywaliśmy się wtedy już „Wet Flies”. Potem się to spolszczyło i zostały „Mokre muhy”. Jak zawsze były problemy z wokalistami, i ogólnie częste personalne roszady, aż w końcu stwierdziłem, że mam tego dość. W tym czasie znajomy wciągnął mnie do Buraków – myślał, że jestem śpiewającym gitarzystą, a jak się okazało, że nie, zostałem basistą (śmiech). No więc grałem 5 lat na basie, a jak później była potrzeba, żebym nauczył się na kontrabasie, no to kupiłem kontrabas (śmiech). Późniejszy basista Muh, Maciek, namawiał mnie, żeby znów zrobić jakąś kapelę – trochę się broniłem, bo wydawało mi się, że znowu się zaangażuję (bo strasznie emocjonalnie się angażuję w takie rzeczy) i potem znowu ktoś odejdzie, znowu się to rozpadnie. Aż w końcu powiedziałem: dobra, jeśli robimy już coś, to wchodzimy w to na całego. I z tego pierwszego składu, który w nowy projekt „wszedł na całego”, zostaliśmy do dziś tylko ja i Bartek (śmiech). Bartka zresztą też znam przez naszego pierwszego basistę Maćka. Przyszedł na próbę. Zaśpiewał. Został. I jest do dziś.

b: Skąd pomysł na nazwę zespołu?
M: „Mokre Muhy” wzięły się od nazwy pierwszej kapeli „Wet Flies”, potem zrobiły się z tego Muhy, które – pomimo protestów – już zostały. Zaczynając próby z Muhami nie wiedzieliśmy jeszcze, że istnieją drugie Muchy, przez „Ce-cha”. Pierwszy problem zaczął się jak graliśmy koncert na Era Nowe Horyzonty. Do organizatorów zadzwonił wtedy zdziwiony menadżer Much i powiedział, że oni nie grają wcale na tym festiwalu, nic o tym nie wiedzą, i żeby ich wykreślił. Organizator festiwalu lekko zdziwiony: „Ale jak nie gracie. Muhy grają, przecież wczoraj rozmawiałem z Marcinem”. Dzwoni za chwilę do mnie…no i tak się dowiedzieliśmy o istnieniu tych drugich Much. Długo dojrzewaliśmy do decyzji o zmianie nazwy, aż w końcu zdecydowaliśmy się na NadmuHy. Przy czym nie chcemy, by nazwa sugerowała, że jesteśmy lepsi niż Muchy, nie chodzi tu też o nadmuchy (w sensie jakichś wentylacji czy nawiewów), chcieliśmy raczej, aby nowa nazwa nawiązywała jakoś do poprzedniej. A jednocześnie nowa nazwa, NadmuhHy, jako rozwinięcie Muh, sugeruje nasz ciągły rozwój i krok do przodu.

b: Jakie są NadmuHy w wydaniu live? Czy zdarza się, że po wpływem chwili koncert biegnie w innym kierunku niż planowaliście? Jaka jest koncertowa formuła NadmuH? „Zgodnie z planem” czy raczej – posiłkując się słowami jednego z waszych utworów - „wszystko nieważne bo i tak każdy robi co chce”?
M: Mamy mniej więcej pomysł na nasze koncerty, ale też gramy utwory, w których pozwalamy sobie – w zależności od sytuacji – trochę bardziej rozciągnąć kompozycyjne schematy. Jak jest atmosfera, i sprzężenie zwrotne z publiką, a to co gramy „zażera” i czujemy, że dobrze to brzmi – to nie ograniczamy się i ciągniemy te partie dalej, czasem w zupełnie nieprzewidywalnych kierunkach i rozmiarach (śmiech). Tak że zdecydowanie nasze koncerty mają formułę otwartą.

b: Jeszcze w 2010 roku występowaliście na koncertach w składzie poszerzonym o saksofon. Obecnie na koncertach już się nie pojawia, na płycie „Muhy” także nie ma saksofonowych partii. To świadomy powrót do bardziej surowego brzmienia?
M:  Nie, po prostu Magda (Juzwiszyn) miała inne plany muzyczne i stąd to uszczuplenie składu.

b: Wasze muzyczne inspiracje są raczej podobne?
M: Oj, raczej nie, są całkiem różne. Przy czym jakoś w ramach muzyki alternatywnej udaje nam się razem funkcjonować.  Poprzedni basista słuchał dużo muzyki poważnej i więcej jazzu niż my wszyscy razem wzięci słuchamy. Inspirują nas różne rzeczy, od popowych piosenek Kylie Minoque przez Toma Waitsa i Primusa, do Milesa Davisa (śmiech). Michał na przykład bardzo dużo słucha muzyki filmowej i zna te wszystkie ważne i mniej ważne nazwiska w tym temacie, nie tylko kompozytorów ale muzyków, którzy zagrali gdzieś tam parę dźwięków także.  

b: Czy muzyka NadmuH to wypadkowa inspiracji czterech muzyków, którzy je tworzą?
M: Raczej w naszym przypadku to wypadkowa czterech indywidualnych osób, które sie ścierają.  Nie jest na pewno tak, że nad każdym przyniesionym przeze mnie pomysłem na piosenkę jest pełna  zgoda, raczej ciągła walka i szukanie kompromisu i najlepszej formuły. Np. Bartek i Jacek słuchają dużo melodyjnej muzyki. A ja staram się trochę „zamieszać” i utrzymać całość w pewnej kojarzonej już z nami stylistyce.

b: Czyli oni upraszczają a Ty komplikujesz?
M: To byłoby zbyt duże uproszczenie (śmiech).

b: Twój instrument to gitara. Jacy gitarzyści mieli na Ciebie największy wpływ?
M:  Raczej staram się nie patrzeć na muzykę pokawałkowaną na poszczególne instrumenty. Gdybym już miał wymienić kilka akurat gitarowych inspiracji, na pewno jedną z nich był Wojciech Waglewski – klasa sama w sobie. Ale też nasz wrocławski Jarek Treliński z Raz Dwa Trzy – świetny gitarzysta. Ja zwracam raczej uwagę nie na szybkość gry, ale na artykulację. Ogólnie nie lubię słuchać wirtuozów gitarowych, tzw. sportowców, typu Vai czy Satriani. Ostatnio słuchałem np. jednego takiego, w Guns N’Roses chyba na chwilę grał. Wszedłem na YouTube, żeby posłuchać… no i grał tam jakieś półgodzinne solo, efekty przekładał, cuda-wianki robił, zagrał strasznie dużo dźwięków, ale sensu w tym nie było żadnego i logiki, niczego nie zapamiętałem po wysłuchaniu tego utworu. Za to bardzo mi się podoba taki gitarzysta jak Ralph Towner, szczególnie na jednej płycie: „Dis” nagranej z Janem Garbarkiem. Stara rzecz, ale on tam genialnie gra. Kiedyś lubiłem też Roberta Frippa z King Crimson, no i wiadomo – Jimmy Page, ale nie ma chyba gitarzysty, który by się choć trochę nie wzorował na tych dwóch tuzach gitarowych. 

b: Jakieś nowe muzyczne odkrycie? Co mógłbyś ze szczerym sumieniem zarekomendować?
M: (cisza) Hm, zaskoczyłeś mnie. To wiesz co, ja będę myślał, a Ty zadaj następne pytanie (śmiech). Ale we Wrocławiu np. dużo sie ciekawych rzeczy dzieje jeżeli chodzi o muzykę. Strasznie żałuję, że jednak w radiu, np. w Trójce, promuje się raczej warszawskie zespołu. A z kolei we Wrocławiu mamy (mieliśmy) takie perełki jak choćby Robotobibok. We Wrocławiu – takie mam wrażenie – sporo jest naprawdę wartościowych kapel, które nie mają aż takiego parcia na karierę, a robią naprawdę ciekawe rzeczy, rozwijają się, szukają nowych środków wyrazu, dla których granie przebojów nie jest celem, dla których nadrzędną wartością jest po prostu muzyka. Dla mnie takim ewenementem jest na przykład wrocławskie Karbido, klasa światowa.

b: Zdarza Ci się jeszcze chodzić na inne niż własne koncerty?
M:  Raczej brak czasu. Ostatni koncert na jakim byłem to jakieś pół roku temu: na ”Męskiej muzyce” we Wrocławiu. Wiesz, jak my gramy koncerty, no to żona musi się wszystkim w domu zajmować. A jak już jestem w domu, to daję szansę jej, żeby też mogła pójść na jakiś koncert (śmiech). Ostatnio na Herbiem Hancock’u była. 

b: Który koncert Muh / NadmuH najbardziej zapadł Ci w pamięć?
M:  Hm, chyba w klubie Bogart w Gumunicach koło Częstochowy - bo to tak naprawdę był koncert na wsi (śmiech). Serio, pamiętam jak pierwszy raz tam graliśmy. Przyjechaliśmy około drugiej w nocy, właściciel klubu nas przywitał, poszliśmy spać. Rano się budzimy, wychodzimy na zewnątrz… a tam krowy, kury, rolnik jakiś oparty o płot i dwa sklepy spożywcze, takie PSS-y. Chodzimy po tej wsi, no kto przyjdzie na koncert, przecież to niemożliwe, żeby tutejsi autochtoni przyszli na koncert rockowy. No ale później wróciliśmy do klubu, patrzymy kto tu grał… wszyscy grali, wszystkie znane polskie zespoły. A scena była tak malutka, że my w czwórkę ledwo się mieściliśmy, a tu grały kapele gdzie tam po 8 osób jest, typu Lao Che na przykład. Okazuje się, że to dosyć znany klub i na koncerty przyjeżdżają ludzie z Częstochowy i okolicznych miejscowości, oddalonych nawet o 100 km – bo wiedzą, że właściciel dba o wysoki poziom koncertów. 

b: Jak wygląda podział kompozytorskich obowiązków w zespole?
M: Przeważnie jest tak, że przynoszę na próbę jakiś riff czy schemat utworu, a następnie na próbie każdy z zespołu dodaje coś od sobie, chłopaki nie za bardzo akceptują moje gotowe już kawałki (śmiech). Ogólnie – praca kolektywna: jest pomysł i wspólnie pracujemy nad nim.  Czasem pomysł na jakiś fragment rodzi się dopiero podczas wspólnego, długiego grania. Często zdarza się tak, że podczas wspólnego grania z pierwotnego pomysłu nie zostało już nic. Co nie oznacza, że utwór po drodze nie przeistoczył się w coś lepszego, niż był w pierwotnie (śmiech).

b: To jako kompozycyjny pomysłodawca wszystkich kawałków zespołu przyznaj się, który najbardziej Ci się podoba?
M: Hm, trudne pytanie. Ogólnie ciężko się słucha własnej muzyki. To nie jest tak, że jadę sobie autkiem, włączam własną muzykę i słucham jej z przyjemnością. Raczej zauważam jej mankamenty, słyszę wszystkie te miejsca, w których mogliśmy zagrać lepiej. Nie jest się obiektywnym, nie ma się dystansu  wobec własnej twórczości.  Jasne, że pewne kawałki lubię grać bardziej niż inne, ale są też piosenki które bardzo lubię, a nie lubię ich grać (śmiech). Takim przykładem jest choćby utwór „X” – super kawałek według mnie, ale nie specjalnie dobrze mi się go gra.

b:  Za warstwę tekstową waszych piosenek w całości odpowiada Bartek Matuszek?
M: Tak, on jest naszym tekściarzem. Tylko do jednego utworu na płycie Bartek nie napisał tekstu – chodzi  o kawałek „Jadę po chleb”, do którego słowa napisał nasz były basista (Maciek).

b: Utwór „Jazzy” jest jednym z ciekawszych tekstowo na płycie. Możesz opowiedzieć skąd pomysł na ten przewrotny tekst? 
M: Nawiasem mówiąc „Jazzy” to jeden z tych kawałków, na które najlepiej reaguje publiczność na koncertach.  „Jazzy” opowiada o naszym pierwszym koncercie. Graliśmy próbę i ktoś rzucił myśl, że w klubie Rura we Wrocławiu jest jam session i moglibyśmy tam pójść i zagrać. Mieliśmy wtedy chyba tylko ze 3 kawałki, ale spakowaliśmy instrumenty i stwierdziliśmy, że jak jest okazja wejścia na scenę w Rurze, to zagramy. Przed nami grał wtedy Tadeusz Nestorowicz ze swoim bandem. Już mieli nas wpuścić na scenę, ale stwierdzili, że jeszcze jeden kawałek zagrają. W końcu stwierdzili: dobra, chłopaki wchodźcie. No to jesteśmy na scenie, stroimy instrumenty, perkusista już odlicza do pierwszego utworu: raz dwa… i nagle słyszymy: "Stop! stop! przestańcie! Wiecie co, bo przyjechał do nas wokalista King Crimson (Gordon Haskell)...". I Nestorowicz i jego świta stwierdzili, że tu jakiś młody zespół nie może grać jak taka wielka gwiazda przyjeżdża, więc kazali nam zejść i się wynosić (śmiech). A na scenę wszedł Tadeusz Nestorowicz i ponownie odgrywał swoje "szlagiery". No więc wróciliśmy do salki prób i za chwilę mieliśmy już gotowy kawałek „Jazzy” (śmiech).

b: Zostając jeszcze przez chwilę w temacie – może przy okazji rozszyfrujesz kilka innych tytułów z waszej płyty?
M:  Ogólnie do tytułowania kawałków inspirują nas różne rzeczy. Na przykład tytuł „Mokre myśli” nie ma nic wspólnego z tekstem piosenki – po prostu tytuł został jeszcze po starym utworze, który razem napisaliśmy wszyscy na próbie, a później Bartek napisał do niego nowy, dosyć absurdalny tekst (śmiech). Z kolei „Hiszpan” – to raczej wynik fascynacji Bartka śpiewającym po hiszpańsku wokalistą Mars Volta (Cedric Bixler-Zavala). Bartek zresztą na próbach też często imprezuje sobie po hiszpańsku (śmiech). Tytuł „181” (pierwszy kawałek na płycie) wziął od metronomowego tempa, w jakim kawałek jest grany. Za to np. tytuł „Podstawówka” ma zdecydowanie związek z samym tekstem. Podobnie zresztą utwór „X” (iks, nie rzymskie dziesięć). 

b:  To czego życzć NadmuHom w 2011 roku?
M:  Znalezienia wydawcy – to po pierwsze. Po drugie – dużo koncertów. I po trzecie – dużo koncertów z okazji znalezienia wydawcy (śmiech)

rozmawiał: bloom 

O nich będzie głośno...(NadmuHy)

4871 / (luty-kwiecień 2011)

Marcin Kąkalec (NadmuHy)
                         NadmuHy


Istnieją już 5 lat i mają na koncie sporo festiwalowych sukcesów, m.in. zwycięstwo na Wrocławskim Festiwalu Form Muzycznych (2006), zwycięstwo na Otwartej Scenie Muzycznej w Siemianowicach Śląskich (2006), a także zdobycie Pucharu Prezydenta w Legnicy (2007) oraz występ live w Ogródku Trójki (2008). Cały czas koncertują, mówi się o nich jako o „jednym z najbardziej oryginalnych projektów na dolnośląskiej scenie muzycznej”. Ostatnio zmienili nazwę i przymierzają się do płytowego debiutu. Aha, i najważniejsze. Nazywają się NadmuHy. Przez samo „h”.

Niektórzy porównują ich do Mars Volty i At The Drive-In, jeszcze inni do Red Hot Chili Peppers. Sami o sobie mówią: "gramy muzykę alternatywną, stawiamy na własny styl, chcemy, żeby muzyka NadmuH brzmiała jak NadmuHy". Nie grają coverów – mają repertuar  w 100%-tach autorski. Ich koncerty mają formę otwartą – bywa, że rozrastają się w zupełnie nieprzewidywalnych kierunkach i rozmiarach. Materiał ogrywany na żywo od lat został w końcu ujęty w formę płytowego debiutu. Na czym koncentrują się obecnie?


Marcin Kąkalec (gitarzysta i lider zespołu):  Jesienią 2010 własnym kosztem wyprodukowaliśmy naszą pierwszą płytę „Muhy”.
Obecnie koncentrujemy się na znalezieniu wydawcy:  jak będziemy mieli produkt, to ruszamy w trasę żeby go promować. Zależy nam na tym, aby grać w klubach materiał, który znalazł się na płycie, dlatego chcemy najpierw ją wydać, a następnie ogrywać na koncertach. Cały czas ciężko pracujemy na próbach, pojawiają się też nowe kompozycje, które będziemy stopniowo włączać do materiału koncertowego.

„Muhy”
zostały nagrany we Wrocławskim studiu Fonoplastykonu. Zawierają 10 kompozycji, w sumie ponad 40 minut muzyki. O jej wysoki poziom produkcyjny zadbali Marcin Bors i Andrzej „Gienia” Markowski. Jak NadmuHy wspominają pracę nad płytą?
Marcin Kąkalec: Rewelacja! Zupełnie inny świat. Podejście do muzyki, do czasu, do realizacji, do nagrywania jest w 100% profesjonalne. Andrzej i Marcin nie tylko zresztą dali z siebie 100%, ale także wycisnęli z nas wszystko co najlepsze. Nie było żadnego kopiowania już raz nagranych fragmentów – zagraliśmy całość na żywo. Powierzyliśmy producentowi nasze kawałki, zaufaliśmy mu co do wyboru piosenek – i nie żałujemy.

Przyznają też, że płyta „Muhy” to duży progres w stosunku do wydanego w 2007 roku demo „Samotna krowa”. NadmuHy się zmieniają. Także w nazwie mała korekta - niedawne Muhy przekształciły się w NadmuHy:
Marcin Kąkalec:
Długo dojrzewaliśmy do decyzji o zmianie nazwy, aż w końcu zdecydowaliśmy się na NadmuHy. Chcieliśmy aby nowa nazwa nawiązywała jakoś do poprzedniej,  a jednocześnie wskazywała, że NadmuHy to płynne rozwinięcie Muh i nasz kolejny krok do przodu.

Kontynuacji i rozwój w jednym? Obecny skład NadmuH tworzą:
Marcin Kąkalec (gitara), Bartek Matuszczyk (wokal), Michał Skwirowski (perkusja) oraz Jacek Furyj (bas). Nowy rok zaczyna się dla nich koncertowo: w samym styczniu czekają ich cztery występy w czterech różnych miejscach w Polsce. Wrocławska publiczność będzie mogła ich usłyszeć 18-tego stycznia w klubie Liverpool.  Czego życzą sobie NadmuHy na 2011 roku?
Marcin Kąkalec: Znalezienia wydawcy – to po pierwsze. Po drugie – dużo koncertów. I po trzecie – wielu koncertów z okazji znalezienia wydawcy (śmiech).

bloom

środa, 23 lutego 2011

Subiektywne ucho

Maciek Kurowicki
                                          4871 / 3 (luty-kwiecień 2011)

Maciek Kurowicki, lider zespołu Hurt,
poleca płytę:

Manu Chao - "Clandestino".   










                             Manu Chao - "Clandestino" [1998]


Szczerze? Kupiłem tą płytę, bo miała kolorową okładkę. Mano Negra, czyli poprzednie wcielenie Manu Chao podobało mi się, więc ciekawość zwyciężyła. Po odpaleniu albumu przeniosło mnie w inny wymiar. 

Ten krążek to właściwie jeden numer rozbity na kilkanaście indeksów z powtarzającymi się odgłosami/samplami: śmiechy dzieci, ciuchcie, odgłosy z bazarów, sygnały ze stacji radiowych, komunikacji miejskiej, reggae, puls mnóstwo akustycznych gitar. „Clandestino” to wielostylowy sos, uzupełniony, wręcz współczującym w swej barwie głosem Manu. 

Ta płyta to miłość, miłość, miłość! 
Jeśli macie depresję, odstawcie tabletki, zrezygnujcie z psychoterapeuty, 
zalecam 500 odsłuchań pod rząd. Wszystko, co złe mija, znika, rozpuszcza 
się jak śniegi przedwiośnia. 

Jeśli dodatkowo uda wam się doświadczyć koncertu Manu Chao, będziecie 
wiedzieli na 100%, że macie na zawsze ich bliską, wręcz rodzinną energię.
A spotyka się z nią naciskając po raz kolejny przycisk
PLAY.
 
 


 

Rozmowa z Bartoszem Porczykiem

fot. Bartosz Maz
    4871 / 3 (luty-kwiecień 2011)

"Sprawca" Bartosz Porczyk

"Stwór z duszą człowieka" -  

z Bartoszem Porczykiem rozmawia gola 







Jest zdolny i niezwykle pracowity. Skromny perfekcjonista, który wie czego chce. Udowadnia, że warto ciężko pracować i być wytrwałym. Wygrana w Przeglądzie Piosenki Aktorskiej, sukces jego autorskiego spektaklu „Smycz”, nagradzanego zarówno w Polsce, jak i na arenie międzynarodowej, a w efekcie nadany przez Ministra Kultury medal „Zasłużony Kulturze Gloria Artis” to z pewnością dopiero początek. Bo kreacji, które tworzy nie da się nie zauważyć. Bartosz Porczyk, aktor Teatru Polskiego, aktualnie pracuje nad swoją autorską płytą. Nosi tytuł „Sprawca” i ukaże się wiosną.

Kiedy w 2006 roku wygrałeś Przegląd Piosenki Aktorskiej, pomyślałeś - kiedyś na pewno nagram płytę? Wyobrażałeś sobie sytuację, w której wejdziesz do sklepu i na półce znajdziesz płytę Bartosza Porczyka? 
Nie myślałem o płycie. Wtedy, po trzech latach spędzonych w Teatrze Capitol,  priorytetem był dla mnie powrót na scenę teatru dramatycznego. Ale to był intensywny i pracowity czas. W Teatrze Kościelniaka nauczyłem się śpiewać i interpretować piosenkę. Wiele miesięcy poświęciłem na kształcenie wokalu, prawie nie wychodziłem z teatru. Rano i wieczorem próby i spektakle, a w przerwach obiadowych umawiałem się z nauczycielami na indywidualne zajęcia wokalne różnych technik. Warto było zrobić ten wysiłek. Gdyby nie to,  ,,Smycz” chyba nigdy by nie powstała.

Po premierze i sukcesie ,,Smyczy” zapytany czy kiedyś wydasz płytę powiedziałeś ,,niech płyty wydają Ci, którzy potrafią a przede wszystkim wiedzą o czym chcą śpiewać. Jak już będę wiedział, jak ta płyta miałaby wyglądać i czym miałaby być, to się o nią pokuszę’’. Pokusiłeś się.  Jaka będzie Twoja autorska płyta?
Jest po prostu moja. Staram się podchodzić do niej jak do nowego zadania - szczerze, rzetelnie, z odrobiną wygłupu. Chociaż w teatrze czuję się pewniej niż przed mikrofonem. Dlatego traktuję płytę  jak nową rolę, w którą mogę się wcielić, tyle że tu mówię  swoimi słowami, swoim tekstem.

Jesteś autorem wszystkich tekstów, które znajdą się na płycie?  Kiedy powstają te teksty?
Teksty napisałem wspólnie z Patrycją Babicką. Przyjaźnimy się od lat. Pomysły na utwory kisiłem w głowie już od wielu miesięcy. Spisywałem je skrupulatnie. Do jednej  piosenki miałem już zwrotki, do innych dopisałem refreny. W głowie nuciłem nowe melodie. Jednak były one ciągle niekompletne. Babicka rewelacyjnie załapała mój tok myślenia. Spędziliśmy godziny na rozmowach o świecie jaki chciałbym wykreować, o bohaterach, o których chcę opowiadać. Połączyliśmy nasze siły i myślę, że powstał niezły stwór! Ale jest to ,,stwór’’ z duszą człowieka , bo o nim najchętniej chcę mówić.

Czy obraz człowieka, który pokazałeś w „Smyczy”, znajduje również odzwierciedlenie w piosenkach, które znajdą się na krążku?
Jak najbardziej. Mój człowiek to człowiek na smyczy , w kagańcu. W tematycznym zestawieniu tekstów nie brakuje także osobistego spojrzenia na drugiego ważnego bohatera wielkiego widowiska - Rzezipospolitej, jakim jest jej społeczeństwo - ślepe, dulskie, zachłanne, ale jakże szczere w swojej odsłonie. Nie bez powodu nazywam je mięsem. Ale nie sprowadzam się tylko do ośmieszenia panujących trendów myślowych. Pozostaję krytyczny również wobec siebie samego. Myślę, że istota człowieczeństwa i jego wartości często odsłaniana jest przez jego nieudolność.

Czy wiadomo już jaki będzie tytuł płyty?
,,SPRAWCA”- to tytuł, a zarazem wspólny mianownik utworów, które znajdą się na płycie. Sprawca człowiek, sprawca Bóg, sprawca Rzezipospolita, sprawca artysta, sprawca botox. To ciągła próba stworzenia rysopisu przestępcy, który siedzi w każdym z nas i przybiera różne postaci. Płyta może stanowić rodzaj pastiszu współczesnej rzeczywistości czasów konsumpcjonizmu. Credo projektu opiera się z jednej strony na wyśmianiu popkulturowego blichtru i wszelkich chorób nowoczesnego człowieka, z drugiej strony stanowi smutną autorefleksję artysty uwikłanego w sztukę, a jednocześnie tęskniącego do prawdziwego  człowieczeństwa.

A jaka będzie muzycznie?
O to zadba już Łukasz Damrych. Chciałem żeby piosenki były różnorodne w oprawie muzycznej, żeby odzwierciedlały wrażenie chaosu panującego  w świecie, w który wprowadzę słuchacza. Świata, który z godnego powoli zmienia się w cyrk życia.  

Co skłoniło Cię do stworzenia tej płyty właśnie teraz?
Jeśli ktoś nie daje mi pracy, daję ją sobie sam. Muszę ciągle coś robić, nad czymś pracować,  coś planować. Tak narodziła się „Smycz”, tak powstaje SPRAWCA i zapewne tą samą drogą pójdę w przypadku ,,Farinellego’’- autorskiego spektaklu. Każdy z takich projektów wymaga ogromnej energii, cierpliwości i siły.

Aktualnie jesteś w trakcie pracy i nagrań w studiu. Jakie są Twoje wrażenia?
Praca w studio nagrań przerosła moje wyobrażenia o tym, jak to będzie wyglądało. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że nagranie jednego utworu może kosztować tak dużo wysiłku, a co dopiero nagranie całej płyty. Dziesiątki razy powtarzasz zwrotkę, czasem jedną frazę, żeby zabrzmiała tak, jak życzyłby sobie tego realizator dźwięku, producent muzyczny i wreszcie ja sam. Ze mną jest nagorzej. Następnego dnia najchętniej zmieniłbym wszystko, co nagrałem poprzedniego. Tak można by bez końca, a trzeba się na coś zdecydować i robić następny kawałek. Spektakl, rolę w teatrze na następny dzień mogę zagrać inaczej, znowu od nowa. Tu zostaje zapis z tego dnia, potem go już nie zmienię. Głos płata figle. Nie każdego dnia jestem w stanie zaśpiewać świetnie wybraną piosenkę. Inna energia, inny nastrój, pogoda - wszystko to wpływa na jakość i interpretację piosenki. Podziwiam muzyków i wokalistów, którzy zdecydowali się poświęcić cały swój czas i życie na nagrywanie płyt. To ciężka praca. Póki co czerpię z tego doświadczenia ogromną radość i satysfakcję. Jestem wdzięczny  za to, że mam wokół siebie tylu ludzi, którzy chcą ze mną pracować i pomagają mi.

Obawiasz się reakcji środowiska muzycznego, a przede wszystkim publiczności?
Skłamałbym gdym powiedział, że nie. Nie mam też żadnych złudzeń. Nie jestem w stanie stworzyć płyty, która usatysfakcjonowałaby gusta wszystkich. Nie silę się na to. Chcę traktować odbiorcę jak partnera, z którym mogę i chcę rozmawiać. Spróbuję wciągnąć go w swój świat, ale pozostawiam mu wolny wybór.

Będziesz koncertował z tym materiałem?
Oczywiście, że tak. Premierowy koncert zagramy 19. kwietnia na Dużej Scenie Teatru Polskiego we Wrocławiu, przy Zapolskiej. Potem planujemy cykl wystepów w różnych miastach w kraju.

Myślisz, że nagrasz kiedyś kolejną płytę?
Daj mi spokój, jeszcze tej nie skończyłem.

Co gra w duszy Bente Kahan?

  Tego słucham (Bente Kahan)              4871 / 3 (luty-kwiecień 2011)
Bente Kahan (fot. Emil Koch) 


Bente Kahan -
 norweska piosenkarka i aktorka żydowskiego pochodzenia, od kilku lat mieszkająca we Wrocławiu, gdzie założyła swoją Fundację Bente Kahan, która wspiera i promuje kulturę żydowską we Wrocławiu.


Bente Kahan opowiedziała nam o swoich 10 najważniejszych muzykach.

Zapraszamy do lektury.






Funk Fiction - wspaniały zespół utalentowanych młodych ludzi z Wrocławia. Wśród nich moja córka Voja!
 
Me, Myself and I
- kreatywność i światowa klasa mogą być tuż za rogiem - na przykład w Kamieńcu Wrocławskim.
 
Johann Sebastian Bach
– „Air” - przypomina mi, że mój czas na tej planecie jest ograniczony.
 
Cat Stevens

- moja cudowna młodość w latach siedemdziesiątych.
 
Vladimir Vysotsky

- wszystkie ważne sprawy, o które trzeba walczyć.
 
Bessie Smith - królowa bluesa. Przynależenie do mniejszości może dać ci większą wolność. Jej śpiew jest brzmi
ponad podziałami.
 
Fyderyk Chopin - moja mama umiała grać jeden utwór, grała go na naszym rozstrojonym pianinie, to był właśnie Chopin.
 
Edvard Grieg – „I Dovregubbens hall” (W grocie Króla Gór) - ze suity Peer Gynt. Piękna Norwegia, siła natury i jej nieograniczona moc.
 
Lillebjørn Nilsen - świetny folkowy piosenkarz śpiewający w moim ojczystym norweskim.
 
Kuba Stankiewicz Quartet - słucham ich, bo są naprawdę dobrzy. Oprócz tego Adam (Cegielski) gra na większości moich płyt:)

O nich będzie głośno...(The Positive)

 4871 / 3 (luty-kwiecień 2011)

The Positive
THE POSITIVE       

Zespół The Positive zadebiutował 30. maja 2006 roku koncertem w zielonogórskim klubie Kawon. Muzyka, którą tworzą to połączenie funku, soulu i popu do smaku przeprawiona mieszanką jazzu. Liderem zespołu jest Mateusz Krautwurst, znany między innymi z emitowanego przez telewizję Polsat programu „Fabryka Gwiazd”, gdzie przez dziesięć tygodni występował na żywo z towarzyszeniem Orkiestry Adama Sztaby.



The Positive ma na koncie ponad 100 zagranych koncertów w całej Polsce, w tym na dużej scenie Festiwalu w Opolu w konkursie „Debiutów” w 2008 roku oraz na Sopot Top Trendy Festiwal 2009. Ponadto jest zdobywcą GRAND PRIX rzeszowskiego Carpathia Festiwal w roku 2008 oraz finalistą Pepsi Vena Music Festiwal w 2008 i 2010 roku. Można ich pamiętać również z emitowanego przez TV4 programu „Nowa Generacja”.

N
iewątpliwą siłą grupy jest indywidualizm i zarazem przyjaźń łącząca tworzących ją muzyków: wokalistę Mateusza Krautwursta, klawiszowca Łukasza Damrycha, basistę Marcina Pendowskiego, gitarzystę Piotra Kalutę oraz perkusistę Łukasza Sobolaka.

Brzmienie debiutanckiego albumu The Positive zaskoczy nawet najwierniejszych fanów zespołu. Poza funkiem, soulem, popem i jazzem, pozostającymi wciąż największymi inspiracjami formacji, usłyszeć można również zmyślną elektronikę oraz żywe instrumenty w połączeniu z harmonią głosów chóru. Krążek pełen jest szczerych emocji i pozytywnej, niepowtarzalnej energii. Do niespodzianek należą obecne na płycie muzyczne duety z gwiazdami polskiej sceny muzycznej - Natalią Kukulską oraz Urszulą Dudziak. Gościnnie wystąpił również kongijski raper Frenchy (Mavambu Ntsiama Marc). Całość w każdym szczególe dopieszczona jest produkcyjnie przez Marcina Borsa.

Mateusz Krautwurst – lider The Positive - o procesie powstawania płyty:
„Wszystko trwało bardzo długo. Po drodze wydarzyło się bardzo wiele, także w moim życiu prywatnym. Od pierwszego wejścia do studia, do wysłania materiału do masteringu popełniliśmy z The Positive trochę błędnych decyzji, dokonaliśmy kilku złych wyborów, lecz dziś płyta brzmi tak, jak według mnie, powinna. Cieszę się, że na naszej drodze pojawił się Przemek Puk, który tchnął w naszą muzykę drugie życie. Praca z nim była czystą przyjemnością - była intensywna, a priorytetem było znalezienie złotego środka między elektroniką, żywymi instrumentami, a moim głosem w wielu odsłonach”.

Premiera debiutanckiego krążka The Postive odbyła się 22. lutego br. Wcześniej, 9. lutego w warszawskim Skwerze zespół rozpoczął trasę koncertową promującą album. Do Wrocławia zawitali 20. lutego, by zaprezentować materiał w Klubie Bezsenność.

gola